Niedziela z... Wojciechem Waglewskim
Niedziela 17:10 TVP Kultura Wojciech Waglewski, synonim
Voo Voo, jest on również wybitnym kompozytorem filmowym, aranżerem i niezwykłym zwierzęciem koncertowym. TVP Kultura przypomni również jego mniej znane oblicza.
Z muzykiem i kompozytorem, liderem zespołu Voo Voo Wojciechem Waglewskim rozmawia Robert Sankowski Uzbierało się materiału, w którym twoja muzyka towarzyszy obrazom... Samych filmów jest kilkanaście. To prawda. Co jest dość dziwne, bo ta współpraca nie jest dla mnie dość szczęśliwa. Komponowaniu muzyki filmowej trzeba się poświęcić od początku do końca. Być przy montażu i tak dalej. Tymczasem ja przez ciągłe koncerty i rozjazdy nie mam na to czasu. W związku z tym niektóre z tych rzeczy były nie do końca dobrze montowane, kilka filmów zainteresowało mnie na etapie scenariusza, a to, co zobaczyłem na ekranie, zachwycało już mniej. Ale jest parę pozycji, które bardzo lubię. Na przykład "Kroniki domowe" Leszka Wosiewicza. Świetnie mi się z nim pracowało. Zresztą na ekrany wchodzi właśnie jego nowy film z moją muzyką. Wosiewicz dał mi sporo swobody. Nagrywałem tyle muzyki, ile chciałem, a on potem miksował z tego poszczególne sekwencje. Najpierw jego do pracy inspirowała muzyka, a mnie potem fragmenty filmu prowokowały do zmian. Prawdziwa współpraca.
Z tego, co mówisz, wynika, że traktujesz muzykę filmową jak odrębny gatunek. Zdecydowanie. Ja w ogóle jestem kinomanem. Marzy mi się powrót szkoły polskiej. Nie interesuje mnie pisanie muzyki pod kiepsko montowane wyścigi samochodowe. Pociąga mnie kino autorskie, wizjonerskie, które daje możliwość pracy nad muzyką. Dzięki temu mam okazję pracować nad formą, której nie jestem w stanie wykonać, grając na scenie. Mówiąc najprościej: szlifuję sobie warsztat, a jednocześnie poruszam się w sferze, która w innych dziedzinach sztuki jest nieobecna. Pisania takiej muzyki trzeba się nauczyć. Ja uczyłem się dość długo. W Polsce funkcjonuje niezrozumiałe dla mnie przekonanie, że
najlepsza muzyka filmowa to taka, której nie słychać.
W Hollywood tak mówią. Podobno. W takim razie czniam Hollywood. Wszystkie wielkie filmy, które pamiętam, miały albo bardzo charakterystyczne motywy filmowe - tak było na przykład z filmami, do których pisał Nino Rota - albo w ogóle nie miały muzyki, jak choćby "To nie jest kraj dla starych ludzi". Gdy w filmie naprawdę nie ma muzyki, słyszy się to i jest to zabieg bardzo bolesny.
Jesteś też autorem muzyki do widowisk, jak choćby do "Muzyki ze słowami". To spektakl zupełnie niezwykły i dosyć metafizyczny. Wpadłem na te teksty niezależnie od Marysi Peszek, która też do nich dotarła. To zaowocowało poetyką podobną do tej, której użyła na swoich płytach. Dobrze świadczy to o tym, jak twórczość ludzi sprawnych umysłowo inaczej - te teksty są autorstwa osób głównie z porażeniem mózgowym i zespołem Downa - mocno nas poruszyła i dodała nam optymizmu. Bo najważniejszym elementem tej twórczości jest to, że jest ona tak przepięknie pogodna.
Skoro nie masz szczęścia do muzyki filmowej, to może ten najlepszy soundtrack jest jeszcze przed tobą? Nie jestem tego taki pewien. Ubolewam nad podziałem środowisk, z jakim mamy obecnie do czynienia. W czasach polskiej szkoły filmowej artyści z różnych światów: aktorzy, malarze, pisarze, muzycy, pili w tym samym SPATiF-ie, mieli ten sam rodzaj dowcipu i sposób opowiadania historii, co procentowało świetnymi filmami. Gdzieś od połowy lat 70. drogi tych środowisk się rozeszły, czego efektem jest choćby to, że nie ma niczego bardziej żałosnego niż polskie filmy o muzyce rockowej. To drobiazg, ale znaczący. Dlatego nie potrafimy robić takich filmów, jak choćby czescy "Samotni". Prostych, ale opowiadających historię bardzo wiarygodnym i prawdziwym językiem.