Trudno nie pomyśleć o względności pojęcia majętności czy luksusu i nie przypomnieć sobie dawnych opowieści o emigrantach ze Wschodu (a więc ludziach sukcesu z punktu widzenia krajów pochodzenia) żywiących się w zagranicznych metropoliach konserwami dla zwierząt, bo te były z całego supermarketu najtańsze, a ich przeznaczenia trudno się było domyślić z powodu obcojęzyczności etykiety.
To, co w jednym rejonie świata jest obciachem, w innym może być przedmiotem zbytku. W Polsce np. powszechnie naśmiewano się ze złotych zębów u Rosjan jako przejawu złego gustu i niezłym szokiem kulturowym było, kiedy amerykańscy raperzy zaczęli sobie wstawiać ich całe komplety, do tego wpierw jeszcze wyrywając własne.
Tymczasem różnice mentalne dają o sobie znać coraz bardziej. Miarą upadku i degradacji życiowej emigracji londyńskiej po II wojnie był zawsze los polskich generałów wykonujących zawód barmana w angielskim
pubie. Ostatnio jednak - słysząc to - pewien młody człowiek zaprotestował, mówiąc, że na Wyspach zajęcie barmana to przecież bardzo dobra i prestiżowa posada. W nowej emigracji nastąpiło takie przewartościowanie społecznego statusu nalewania piwa, że zaczęło już być postrzegane jako niczego sobie kariera.
I tak nie jest to jeszcze różnica mentalna na tyle głęboka jak ze sztuki Doroty Masłowskiej, gdzie wnuczka, widząc na ręce babci wytatuowany numer obozowy, jest przekonana, że to numer telefonu.