Drukujemy więc ten wywiad z lojalności wobec polskiego czytelnika, uważając, że ma prawo poznać jej poglądy bez niczyjego pośrednictwa i retuszu. - Oto cała Steinbach! - powiedział po lekturze nasz redakcyjny kolega, specjalista od spraw niemieckich. Chcemy pokazać, z jaką postacią mamy do czynienia i jak bardzo postać ta zdemonizowana została przez rodzimych germanofobów.
Naprawdę, Ericka Steinbach to nie kanclerz Otto Eduard Leopold von Bismarck. A sposób jej myślenia charakterystyczny jest dla marginalnego kręgu osób, a nie wszystkich Niemców - jak straszą PiS i Powiernictwo Polskie.
Jesteśmy przeciwko histerii antyniemieckiej, ale Steinbach ją w Polsce napędza, gdy niefrasobliwie stawia znak równości między cierpieniem wypędzonych Niemców a cierpieniami społeczeństwa polskiego pod niemiecką okupacją.
Prywatne roszczenia majątkowe niemieckich wypędzonych, które Steinbach popiera, powinny być adresowane nie do rządu polskiego, ale rządu niemieckiego. Tak jak to się dzieje się w Polsce, gdzie odszkodowania zabużańskie Polaków wypędzonych z Kresów pokrywa skarb państwa.
Najciekawsze jednak w tym wywiadzie jest to, o czym Steinbach mówić nie chce. O odpowiedzialności samych wypędzonych.
Także uważam, że nie ma winy zbiorowej. Ale skoro tak, to dlaczego Steinbach tak chętnie stosuje kategorie kolektywnej niewinności wypędzonych? Wiadomo skądinąd, że najwyższy odsetek poparcia dla partii nazistowskiej był w Prusach Wschodnich, Wolnym Mieście Gdańsku i pośród mniejszości niemieckich. Steinbach chciałaby, byśmy uwierzyli, że wojnę wywołał i przeprowadził jednoosobowo Adolf Hitler. Co więc robiły te miliony narodowosocjalistycznych Niemców do samego końca fanatycznie wierzących w swego Führera?
Status ofiary wypędzeń nie unieważnia statusu oprawcy.