Konstanty Gebert, prowadzący debatę: - Łatwo byłoby powiedzieć, że to spotkanie z pisarzami bałkańskimi. Jakby pisarz bałkański to był taki genre literacki. Ktoś jest pisarzem sztuk teatralnych, ktoś inny sonetów, a ktoś inny jest pisarzem bałkańskim. Oczywiście, tak nie jest. Jednak w waszym pisarstwie są wyraźne elementy wspólne. Na przykład bezbrzeżne zdziwienie tym, co stało się ze światem. Wszyscy czasem dziwimy się, że świat tak się zmienił, ale u was jest coś więcej. Świat się zawalił na waszych oczach. Potem zaczął się jakoś zbierać z tych gruzów. Ślad tego, co się stało, jest w tytule ostatniej książki Bory Ćosicia "Podróż na Alaskę". Autor jedzie do ojczystego kraju, a zdaje się, że wyruszył na Alaskę. Jak to jest, kiedy miejsca, które na ogół są oswojone i bezpieczne, nagle stają się groźną, niezrozumiałą Alaską?
Dubravka Ugrešić, ur. 1949 w chorwackiej Kutinie, mieszka w Amsterdamie: Nie wiem, dlaczego patrzycie na to tak dramatycznie. Dlaczego nasz dom stał się Alaską? Bo go nie poznajemy? Nie znamy przecież całego świata, ale też cały świat stał się naszym domem. W zeszłym roku byłam w Irlandii. Na lotnisku pierwszą rzeczą, którą usłyszałam, był język polski. Pomyślałam, że zamiast do Irlandii, przyleciałam do Polski. Takie paradoksy przeżywam codziennie. Choć niektóre rzeczy stały się dalsze, to inne stały się bliższe.
Bora Ćosić, ur. 1932 w Zagrzebiu, mieszka w Berlinie: Kiedy przyjechałem do mojej Alaski, czyli do tej byłej Jugosławii, nigdzie nie słyszałem polskiego. Ani też nie słyszałem języka, którym kiedyś tam mówiono. Ludzie zaczęli używać dziwnego, obcego języka. To nie ja byłem obcokrajowcem. To kraj stał mi się obcy. Ja nigdy nie opuściłem tego kraju, tylko ten kraj opuścił mnie.
Nenad Velieković, ur. 1962 w Sarajewie, gdzie mieszka do dziś: W Bośni według konstytucji istnieją teraz trzy języki: serbski, chorwacki i bośniacki. Chociaż to jest jeden język. Z tym że teraz nie służy do tego, aby ludzie się porozumiewali, tylko żeby widzieli swoje różnice. Język stał się podstawową bronią nacjonalizmu. Bardzo mnie to martwi.
Mileta Prodanović, ur. 1959 w Belgradzie, gdzie mieszka do dziś: Mnie martwi, że nowe nacjonalizmy spłaszczają naszą tożsamość. W „Bałkanach wyobrażonych” Maria Todorova mówi o imperialnej tożsamości i o tym, że imperium umożliwia podwójną tożsamość. Podobnie było w Jugosławii, naszym niegdysiejszym kieszonkowym imperium. W każdej chwili mogłem powiedzieć, że jestem Jugosłowianinem, ale potem mogłem powiedzieć, że jestem z Serbii. Teraz, kiedy historia sprowadziła nas do jednowymiarowości, czuję się z tym niezbyt dobrze. Nie chodzi o to, że ja jako jednostka mam imperialne zakusy. Po prostu urodziłem się w kraju, który jest częścią Bałkanów, a z drugiej strony Belgrad to jest również śródziemnomorze. Belgrad to granica bakłażana, a bakłażan jest typowo śródziemnomorskim warzywem. Ja przyjmuję tę tożsamość śródziemnomorską, i to widać w mojej nowej książce.
David Albahari, ur. 1948 w Peći, mieszka w Calgary: Pięknie jest być bałkańskim pisarzem. Nie tylko dlatego, że teraz Bałkanom poświęca się dużo uwagi. Od kiedy wyjechałem, coraz bardziej przybliżam się do tej naszej symbolicznej Alaski. Od razu przedstawiłem się swoim kolegom z Kanady jako pisarz z Bałkanów. I dlatego mam wiele tożsamości. Jestem pisarzem bałkańskim, urodziłem się w Peći, czyli jestem też albańskim, kosowskim pisarzem. A ponieważ mieszkałem w Belgradzie, to byłem też pisarzem belgradzkim. A dokładnie pisarzem Zemuna, dzielnicy Belgradu związanej z imperium austro-węgierskim. W Kanadzie zostałem jeszcze pisarzem prowincjonalnym. Mieszkałem w mieście kowbojskim, gdzie było dużo ropy, a mało pisarzy. Co prawda nigdy nie jeździłem konno, co trochę utrudniało mi tę tożsamość.
Mówicie, że język coraz bardziej służy dzieleniu, zamiast porozumiewaniu się. Ale czy wy nie piszecie w języku przeszłości? Czy wasz język, alternatywny dla tego pokawałkowania i rozrąbywania, nie jest po prostu językiem jugonostalgii?
Ugrešić: Czystości języka bronią analfabeci. W Bośni, Chorwacji czy Serbii tym, który na ogół upomina cię, że nieczysto mówisz albo że zamówienie złożyłeś nie tak jak trzeba, jest ekspedientka albo kelner.
A czy piszemy językiem przeszłości? Powiedziałabym, że jest to raczej język przyszłości. Idea czystości języka jest bardzo stara i zakurzona. Odpowiada XIX-wiecznemu pojęciu narodów. Dziś języki znów się mieszają. Np. ci Polacy, których spotkałam na lotnisku w Dublinie, na pewno zostawią w Irlandii parę słów, które wejdą do tamtejszego języka. Wszędzie na świecie młodzi mówią mieszankami języków. W Ameryce jest spanglish. Dlatego ten nasz niby retro język serbsko-chorwacki czy chorwacko-serbski jest językiem na wskroś nowoczesnym, językiem przyszłości.
Nie mogę się oprzeć, żeby nie opowiedzieć pięknej sarajewskiej anegdoty, ponoć jeszcze z czasów austriackich. Raz w knajpie Mujo i Suljo strasznie się pokłócili, czy należy język bośniacki zapisywać alfabetem arabskim, czy łacińskim. Mujo twierdził, że arabskim. - Jesteśmy muzułmanami, należymy do świata islamu - wykrzykiwał. - Nie! Latynica, tylko latynica - darł się Suljo - jesteśmy Europejczykami. Pobili się, przyszli żandarmi i zamknęli ich, żeby wytrzeźwieli. Rano, wychodząc z aresztu, przyjaciele musieli podpisać protokół, że zwrócono im wszystkie rzeczy. Każdy z nich postawił na kartce po krzyżyku.
Nenad, bardzo trafnie zauważyłeś co się zdarzyło z językiem. Ale czy nie boisz się, że twoi czytelnicy te nowe języki w końcu uznają za swoje i nie będą już chcieli rozumieć języka wolnego od nacjonalizmu, w którym ty chciałbyś pisać?
Velieković: W Bośni jest bardzo mało moich czytelników. Prawie wszystkich znam osobiście. Oni odczuwają problem językowy podobnie jak ja i rozumieją mnie.
Kiedyś moja wówczas cztero- czy pięcioletnia córka pochwaliła mi się, że mówi po turecku i po włosku. Zapytałem, jak się tego nauczyła. - Merhaba to przecież po turecku, a ciao po włosku, tato - odpowiedziała rezolutnie. Szkoda, że nie wszyscy mają tyle poczucia humoru, by jak ona patrzeć na sprawy języka.
Prodanović: Mamy wszyscy językową paranoję. Jest taka anegdota. Poproszę kawę - mówi do kelnerki w Sarajewie klient. - Nie ma. - To poproszę kafę - przechodzi na chorwacki. Nie ma. To w takim razie kahwę - zdesperowany próbuje po bośniacku. - Wody nie ma!!! Dubravka ma rację, w tę paranoję wpędzili nas ludzie, którzy sami mają problemy z odmianą przez przypadki.
Albahari: Muszę się pożalić. Dubravka pozbawiła mnie możliwości bycia romantykiem. Ja dalej staromodnie wierzę, że pisarza określa jego język. Nie walczę jakoś specjalnie o czystość mojego języka, ale posłusznie wprowadzam do tekstu to, co redaktor w Belgradzie wskazuje jako najnowsze trendy języka serbskiego.
Może dlatego, że w Kanadzie ciągle zagraża mi utrata języka. Mam sąsiada Duńczyka i sąsiada Polaka. Kiedy się spotykamy, rozmawiamy oczywiście po angielsku. Kłapiemy tak jak Kaczor Donald. A nasze dzieci, tych Duńczyków, Polaków i moje, kombinowane serbsko-żydowskie, mówią już wspaniale po angielsku.
Ugrešić: Ludzie z zewnątrz, zwani lingwistami, próbują stworzyć język literatury. A to ja mam tworzyć standardy. W językach, które zostały po Jugosławii, leży ogromne bogactwo. „Ministerstwo bólu” napisałam, wykorzystując dialekty wszystkich krajów postjugosłowiańskich, łącznie z albańskim. W „Stefci Ćwiek” jest i czeski, i polski, i odmiana kajkawska chorwackiego.
Albahari: Zgadzam się, różnorodność jest cenna. Jak już tak rozdzielamy języki, to dodajmy jeszcze wojwodiński, dalmatyński itd. Ale czy w dalszym ciągu mógłbym pozostać romantykiem?
Ugrešić: Możesz. Na własne ryzyko.
Źródło: Gazeta Wyborcza