Przez dziesięć lat odwiedzałam
Tybet. Spotykałam Tybetańczyków wszelkiego pokroju - od uliczników, artystów ludowych, pasterzy i uzdrowicieli z górskich wiosek, po urzędników państwowych, handlarzy, mnichów i klasztornych sprzątaczy, artystów, pisarzy. Jedni mówili wprost, że parędziesiąt lat temu Tybet był małym krajem z własnym rządem, przywódcą religijnym, walutą i armią. Inni bali się rozmawiać ze mną, Chinką Han [dominująca grupa etniczna w Chinach], unikali trudnego tematu. Niektórzy twierdzili, że bez względu na zaszłości długotrwała chińsko-tybetańska wymiana jest faktem historycznym, i że obie strony muszą pielęgnować tę więź. Jednych denerwowały plany budowy linii kolejowych i ich nazwy: "Pekin", "Jiangsu", "Syczuan-Tybet", inni zaakceptowali je bez problemu. Słyszałam, że wy (Chińczycy Han) inwestujecie miliony w Tybet, ale dostajecie w zamian to, na co liczyliście, a nawet więcej. I inne głosy - że co prawda inwestujecie w rozwój, ale też niszczycie, a właśnie to, co wy niszczycie, jest tym, co my cenimy.
***Oba narody, bez względu na dzielące je różnice, łączy jedno: Własne widzenie historii i głęboka wiara.
Każdy, kto odwiedził Tybet, musiał odczuć religijność jego mieszkańców. Postawa ta przetrwała stulecia i odbija się na życiu codziennym. To zupełnie inna aksjologia, zwłaszcza w porównaniu z tymi Chińczyków Han, którzy żyją w świecie bez wartości i praktykują kult pieniądza. Dla Tybetańczyków liczy się przede wszystkim wiara. Ogniskują ją na osobie religijnego przywódcy Dalajlamy.
Nikogo, kto odwiedzał Tybet, nie powinny dziwić sceny z życia codziennego. Który Tybetańczyk nie czciłby Dalajlamy? Który nie chciałby powiesić jego portretu na swym ołtarzyku? (portrety przemycane są z zagranicy i tajnie powielane - w odróżnieniu od oficjalnych portretów Mao, które my, Han, musieliśmy kiedyś wieszać). Który Tybetańczyk odważyłby się nie okazać Dalajlamie szacunku? Który nie chciałby ofiarować mu hada (ceremonialnego białego szala)?
Czy słyszymy inny głos Tybetu od tego, który chcą słyszeć rządzący? My Han, którzy odwiedzaliśmy ten kraj jako dygnitarze, turyści czy biznesmeni - czy słyszeliśmy jego prawdziwy głos, który uciszono, lecz którego echa dobiegają zewsząd?
Czy właśnie dlatego we wszystkich tybetańskich klasztorach zakazano wieszania portretów Dalajlamy? Czy dlatego w zakładach pracy są funkcjonariusze sprawdzający każdy dom i wymierzający kary tym, którzy powiesili portret? Czy dlatego w dni świąteczne specjalni urzędnicy zawracają pielgrzymujących wiernych? Czy dlatego uniemożliwia się pracownikom instytucji państwowych wysyłanie dzieci na naukę do Dharamsali [indyjska siedziba Dalajlamy] pod groźbą utraty pracy i mieszkania? Czy z tego powodu w gorących momentach władze organizują masówki w klasztorach, wymuszając na mnichach przyrzeczenie, że będą "popierać kierownictwo partii" i "wystrzegać się kontaktów z rozłamową kliką Dalaja"?
Dlaczego nie siądziemy do stołu z Dalajlamą, który zrezygnował z retoryki niepodległości i opowiada się teraz za "trzecią drogą", by w szczerych rozmowach wynegocjować wraz z nim i dzięki niemu "stabilizację" i "jedność"?
Powodem jest dysproporcja sił po obu stronach. Jesteśmy zbyt liczni, zbyt potężni. Nie znamy innej drogi do "harmonii" prócz karabinów, pieniędzy, niszczenia kultur i zadawania duchowego gwałtu.
***W internecie znalazłam posty tybetańskich radykałów. Pisali: "Nie wierzymy w buddyzm, nie wierzymy w karmę. Ale nie zapomnieliśmy, że jesteśmy Tybetańczykami. Uwierzyliśmy w waszą filozofię Han: źródłem siły jest beczka prochu! Po co wy Han tu przyszliście? Tybet dla Tybetańczyków!".
Autorami większości odpowiedzi na te posty są "patrioci" Han powtarzający zgodnym chórem: "zabić ich!", "zmieść z powierzchni ziemi!", "skąpać we krwi!", "Dalaj kłamie" - jakże znajome to uczucia wielbicieli przemocy.
Smutno mi, gdy czytam te posty. Cóż, taka karma.
W zeszłym tygodniu odłożyłam telefon, którego i tak nikt nie odbierał, i patrzyłam w informacyjną czarną dziurę spowodowaną blokadą internetu. Nawet ja uwierzyłam w oficjalne doniesienia, że Tybetańczycy podpalali sklepy i zabijali biednych Chińczyków Han, którzy przyjechali tam zarabiać na życie. I nadal czuję głęboki smutek. Kiedy zasiano to ziarno? Podczas zamieszek i strzelaniny w 1959 r.? Podczas siejącej zniszczenie rewolucji kulturalnej? Podczas represji w 1989 r.? Kiedy zamknęliśmy ich panczenlamę w areszcie domowym, zastępując naszą marionetką? Czy może wtedy, gdy 17-letnią zakonnicę zastrzelono na majestatycznym ośnieżonym szczycie tylko dlatego, że chciała zobaczyć Dalajlamę?
***A może w tych licznych, na pozór banalnych chwilach, kiedy czuję wstyd. Wstydziłam się, widząc Tybetańczyków kupujących żywe ryby od ulicznych handlarzy Han i wpuszczających je z powrotem do rzeki Lhasy. Wstydziłam się, widząc na ulicach Lhasy coraz więcej żebraków Han - nawet oni wiedzą, że łatwiej żebrać w Tybecie, niż we własnym kraju. Wstydziłam się, widząc brzydkie blizny po ładunkach wybuchowych na zboczach świętych szczytów. Wstydziłam się, słysząc członków elity Han użalających się, że chiński rząd zainwestował tyle milionów juanów, że gospodarka faworyzuje Tybetańczyków, że PKB rośnie tam tak szybko, więc "czego oni jeszcze chcą?".
Dlaczego nie rozumiecie, że narody mają różne hierarchie wartości? Wy wierzycie w pranie mózgu, karabiny i siłę pieniądza, w nich zaś jest tysiącletnia duchowość, której nie da się zdusić. Kiedy ogłaszacie, że "wyzwoliliście Tybetańczyków od niewolnictwa", wstydzę się za waszą arogancję. Kiedy mijam na ulicach Lhasy patrol żandarmerii wojskowej - a za każdym razem, kiedy tu jestem, widzę coraz to nowe bazy wojskowe - ja, Chinka Han, czuję wstyd.
Najbardziej wstydzę się za „patriotyczną większość”: Jesteście potomkami Pierwszego Cesarza, który znał tylko krwawe podboje, tchórzami chowającymi się za lufami karabinów, cierpicie na syndrom sztokholmski, jesteście żądnymi krwi szaleńcami należącymi do „wyższej” kultury lingchi (egzekucji przez plasterkowanie) i kastracji. Choć wymachujecie patriotyczną flagą, macie chore umysły. Pogardzam wami. Jeśli wy jesteście Han, wstydzę się, że jestem jedną z was.
Lhasa płonie, słychać strzały w tybetańskich rejonach Syczuanu i Qinghai. Nawet ja w to wierzę. W postach nawołujących: "Zabić ich!", "Dalaj kłamie" dostrzegłam wierne odbicie tamtych tybetańskich radykałów. Wy, "patriotyczna młodzież", jesteście szowinistami Han, którzy niszczą tysiącletnią przyjaźń między Han i Tybetańczykami. Wy nie "popieracie z całych sił" rządu, w rzeczywistości "popieracie z całych sił" niepodległość Tybetu.
Tybet ginie. Staje się taki jak my, staje się tym, czym stać się nie chce. Jaki ma wybór? Trzymać się tradycji i kultury, ożywiać starożytną cywilizację? Czy popełnić samobójstwo na raty, które przysporzy tylko nacjonalistom Han wstydliwej sławy?
Tak, kocham Tybet. Jestem Chinką Han, która kocha Tybet - jako naród lub jako prowincję, o ile tak wybrał. Osobiście wolałabym, żebyśmy należeli do tej samej wielkiej rodziny. Dopuszczam partnerskie związki z wyboru - zarówno między ludźmi, jak narodami. Nie pragnę poczucia siły sprawiającej, że inni muszą cię słuchać - tak ludzie, jak narody - bo za takim poczuciem kryją się rzeczy wstrętne. Porzuciłam Tybet przed wieloma laty i tęsknota za nim stała się częścią mojej codzienności. Pragnę tam wrócić jako mile widziana Chinka Han, cieszyć się prawdziwą przyjaźnią jako równoprawny sąsiad, członek rodziny.
przeł. Sergiusz Kowalski
*Tang Danhong - ur. 1965 r. Jest poetką i dokumentalistką z Syczuanu. Nakręciła kilkanaście filmów o Tybecie. W 2005 r. przeprowadziła się do Izraela, uczy chińskiego na Uniwersytecie w Tel Awiwie. Powyższy esej jest fragmentem jej bloga, opublikował go po angielsku ChinaDigest