Chodzi o sprawę ks. Andrzeja D. ze Szczecina - "Gazeta" ujawniła ją w marcu ub.r. w reportażu "Grzech ukryty w Kościele". W latach 90. kapłan miał wykorzystać seksualnie co najmniej kilku nastoletnich chłopców, którzy byli jego podopiecznymi w Schronisku im. Brata Alberta. Szczecińska kuria była alarmowana o sytuacji, ale zamiast ją wyjaśnić, przez lata zamiatała pod dywan.
Dopiero po publikacjach "Gazety" sprawą zajęła się prokuratura. Śledczy doszli do wniosku, że część zarzutów kierowanych pod adresem księdza Andrzeja D. uległa przedawnieniu, inne trudno udowodnić ze względu na znaczny upływ czasu. Prokuratura Rejonowa Szczecin-Zachód umorzyła postępowanie na początku br. Jednak mecenas Michał Kelm, adwokat pokrzywdzonych, złożył zażalenie do Sądu Rejonowego Szczecin-Prawobrzeże i Zachód w Szczecinie. Jego zdaniem nie było podstaw do umorzenia postępowania wobec dwóch pokrzywdzonych.
- Sąd potwierdził, że w przeprowadzonej przez prokuratora ocenie zabrakło logiki. Z jednej strony prokurator nie zakwestionował wiarygodności pokrzywdzonych, z drugiej - zinterpretował zgromadzony materiał na korzyść księdza - mówi mec. Kelm.
Postanowienie sądu zapadło pod koniec września, strony otrzymały właśnie pisemne uzasadnienie. Czytamy w nim m.in.: "Z tego materiału wynika niezbicie - i świadczą o tym zeznania nie tylko osób pokrzywdzonych, ale również szeregu świadków - że ksiądz Andrzej D. mógł dopuszczać się czynów lubieżnych w stosunku do swoich podopiecznych. Nie może być przypadkiem ani spiskiem, że tyle osób zdecydowało się złożyć obciążające go zeznania".
Zdaniem sądu prokuratura nie sprostała obowiązkowi wszechstronnej oceny dowodów i zbyt łatwo rozstrzygnęła wątpliwości na korzyść księdza. Powinna była m.in. rozważyć, jakie powody mógłby mieć jeden z pokrzywdzonych Kamil P., aby po wielu latach wystąpić z oskarżeniem - gdyby to oskarżenie nie było prawdziwe. "Jest w tej chwili dorosłym mężczyzną, ma rodzinę. Kontakty, o jakie oskarża on księdza, są niewątpliwie również bardzo wstydliwe dla niego. Zdaniem sądu nie ma żadnego racjonalnego powodu, aby miał narażać siebie samego na wstyd, zamieszanie związane z medialnością sprawy, uciążliwości związane z zeznawaniem w prokuraturze (...)". Prokuratura musi teraz zbadać m.in. okoliczności opisywane przez Kamila P., którego ksiądz Andrzej D. miał m.in. zabrać ze sobą w podróż ze Szczecina na Dolny Śląsk i tam nocować z chłopcem w hotelu.
W przypadku drugiego z pokrzywdzonych Piotra B. sąd tylko częściowo zgodził się z argumentami adwokata. Powód? Nie ma podstaw do uznania, że kontakt seksualny miał miejsce pod wpływem przemocy ze strony kapłana. Andrzej D. mógł wykorzystać co najwyżej stosunek zależności ksiądz - ministrant, w jakim pozostawał z pokrzywdzonym. Jednak przestępstwo, jakiego miałby się dopuścić w ten sposób, uległoby przedawnieniu - decyzja prokuratury o umorzeniu wątku Piotra B. była więc słuszna.
- Postępowanie w tej sprawie będzie kontynuowane w części wskazanej przez sąd - mówi prok. Bogumiła Matecka, szefowa Prokuratury Rejonowej Szczecin-Zachód.
W śledztwie przesłuchano ok. 120 świadków, w tym wychowanków księdza, ich rodziny oraz wychowawców z prowadzonej przez ks. Andrzeja D. placówki. Kilku osób nie udało się przesłuchać, bo przebywają za granicą pod adresami, których nie udało się ustalić.
Władze kościelne pozbawiły ks. Andrzeja D. wszelkich funkcji związanych z wychowaniem młodzieży. Jest dyrektorem domu seniora dla księży w Szczecinie.
Źródło: Gazeta Wyborcza