- Nie miałem takiego zlecenia od księdza arcybiskupa - mówi nam bp Stefanek, dziś ordynariusz łomżyński. Rozgoryczeni wychowawcy poprosili o pomoc dwóch zakonników. Przyjął ich zwierzchnik Stefanka abp Marian Przykucki. - Powiedział, że boleje nad sprawą i pomoże w rozwiązaniu - wspomina jeden z zakonników.
Wychowanek ogniska: Umarło mi pół duszy
Ale arcybiskup zaufał osądowi bp. Stefanka i nie kazał sprawy dalej badać. Odsunął ks. Andrzeja od pracy w ognisku, ale wiosną 1996 r. powierzył mu nadzór nad szkołami katolickimi w Szczecinie. Potem ks. Andrzej kierował Liceum Katolickim w Szczecinie, przewodniczył Stowarzyszeniu Szkół Katolickich. Wychowawcy nie dali za wygraną. W 2003 r. ich zeznania i relacje ofiar spisał dominikanin Marcin Mogielski. Jego zwierzchnik o. Maciej Zięba przekazał je obecnemu arcybiskupowi szczecińsko-kamieńskiemu Zygmuntowi Kamińskiemu. Metropolita zajął się sprawą dopiero, gdy wychowawcy zasugerowali, że pójdą do prokuratury. Sąd biskupi przesłuchał tylko dwóch pokrzywdzonych. Ks. Andrzej został odsunięty od oświaty dopiero w 2007 r. Mówi nam, że naciskał na to senator Jarosław Gowin (dziś poseł PO).
Ks. Andrzej: - W życiu takich rzeczy nie robiłem. Chce odzyskać nadzór nad diecezjalnym szkolnictwem.
Czterej chłopcy, którzy go oskarżyli, są już dorośli. Ryszard próbuje ułożyć sobie życie: - Ale każde wspomnienie o ks. Andrzeju cofa mnie z tej drogi. Eryk wyjechał z Polski. Mówi, że połowa duszy mu umarła, a pustka po niej boli w rozdzierający sposób. Postępowanie przed sądem biskupim ma zakończyć się w połowie roku.
Ojciec Mogielski: Nikt nie chciał słuchać ofiar
- Szczęść Boże. Nazywam się Marcin Mogielski. Jestem dominikaninem. To ja w 2003 r. spisałem świadectwa wykorzystywania seksualnego wychowanków Ogniska św. Brata Alberta. Zrobiłem to, by przedstawić je abp. Kamińskiemu, metropolicie szczecińsko-kamieńskiemu. Nie miałem wątpliwości, że postępuję słusznie. Dlaczego? Odpowiem tak jak arcybiskupowi, który pytał, jakim prawem prowadzę śledztwo w jego diecezji: prawem miłości bliźniego i wierności Ewangelii. Od 1991 r. ognisko miało nieść pomoc młodzieży z rodzin patologicznych. Dla wielu młodych miało stać się namiastką domu. Obiecałem im, że doprowadzę sprawę do końca.
Ten, kto nigdy nie został zbrukany, może mieć tylko mętne pojęcie o takim dramacie. Ale ja zbrukany zostałem. Miałem 18 lat. Czułem wstyd i upokorzenie. Odrazę do samego siebie, do swojego ciała, tak jakbym to ja zrobił coś złego. Dlatego nie byłem w stanie włączyć się od początku w pomoc chłopcom z ogniska. Nie byłem gotów stanąć przed nimi i wysłuchać opowieści o koszmarach, których i ja doświadczyłem. Gdy wreszcie zacząłem działać w imieniu skrzywdzonych, szybko stałem się celem ataku. Użyto wiedzy, że byłem wykorzystany seksualnie.
Jestem duszpasterzem akademickim w Warszawie. Nie wiem, jak moje wyznanie przyjmą ludzie, którym niosę Słowo Boże. Wybaczcie. Musiałem to wszystko powiedzieć, bo w tak dramatycznych sytuacjach porządny człowiek nie może udawać, że nic się nie stało. I nie ma tu nic do rzeczy wiara, pozycja, zasługi dla Kościoła, dla społeczeństwa. Wystarczy ludzki odruch - pochyl się nad cierpieniem.
Wierzyłem, że abp Kamiński wszystko wyjaśni. Przed nim zadania nie podjął jego poprzednik - abp Przykucki i bp Stefanek. Nikt nie chciał słuchać ofiar, nikt nie próbował im pomóc. A ludziom, którzy dążyli do wyjaśnienia sprawy, powtarzano: nie działajcie na szkodę Kościoła - mówi Gazecie Wyborczej dominikanin Marcin Mogielski.
Reportaż o strasznej historii ze Szczecina w poniedziałek w Gazecie Wyborczej.
***
Jeżeli znacie inne historie zamiatane przez Kościół pod dywan, piszcie do nas: grzechwkosciele@gazeta.pl
Ocena:
słabe
nic specjalnego
dobre
bardzo dobre
znakomite
0 głosów
