Po śmierci taty przeglądaliśmy zdjęcia, by zrobić wieczór wspominkowy. Tylko na czterech z 400 zdjęć tata się nie uśmiechał. Chorował na nowotwór dróg żółciowych - taki, co zabiera człowieka w trzy miesiące. On był z nami 3,5 roku od diagnozy. Po dwóch operacjach miał tylko pół wątroby. Właściwie cały czas brał chemię, ciągle miał jakieś badania. Ale żył normalnie - był na naszych ślubach, weselach, zobaczył wnuki. Nie tracił nadziei nawet kiedy zaczął umierać.
Pewnego dnia wszystkie leki przestały działać - przerzuty były wszędzie. Chcieliśmy wierzyć, że to kolejny etap walki - już dawno nauczyliśmy się stawiać sobie realne cele - nie wyzdrowienie, tylko jak najdłuższe i najpełniejsze życie. W porę postawiliśmy sobie nowy cel - spokojne, pełne miłości odchodzenie w domu.
Pojechaliśmy do doktor M. bo myśleliśmy, że jeśli wszyscy lekarze z hospicjów są tacy, to po prostu cudownie - spokój, mądrość, ciepło. Niestety okazało się, że pani doktor nie pracuje już w hospicjum, ale powiedziała, że możemy do niej dzwonić o każdej porze dnia i nocy. I gorąco zachęcała do tego żeby objąć tatę opieką hospicjum domowego.
Nasz rejon objęty jest działalnością hospicjum
Caritas z Błonia. W trakcie kiedy rejestrowaliśmy tam tatę, poprosiliśmy o nieinformowanie go, że jest objęty programem hospicyjnym. Byliśmy pewni, że tata nie chciałby usłyszeć słowa hospicjum. Należał do osób, które przyznają, że są chore, ale jednocześnie żyją jak gdyby nigdy nic i walczą do końca.
Nadszedł dzień pierwszej wizyty. Byliśmy zdenerwowani. Panie za to do bólu rzeczowe. Czysta urzędnicza robota - zeszycik, wywiadzik, kontynuacja leczenia zaproponowanego przez doktor M. Pani pielęgniarka nie wyjęła z ust gumy do żucia. Oburzyło ją, że prosimy o nieinformowanie taty, że są z hospicjum - oznajmiła, że ta sytuacja według niej jest nienormalna. Oburzyła się także na propozycję herbaty, bo "nie jest tu po to, żeby pić herbatę".
Z lekkim niepokojem zaprowadziliśmy je do taty. Badanie ciśnienia, kilka zdawkowych pytań bez kontaktu wzrokowego - więcej oczekiwałbym od lekarza, który leczy chorego na grypę.
Następne spotkanie - już tylko z pielęgniarką - zostało wyznaczone za dwa dni. Tata już półprzytomny, z godziny na godzinę widać jak taty ubywa. Wywiad z pacjentem: czy regularnie się pan wypróżnia? Ile moczu pan oddaje? Czy coś pan je? Tata zmęczony, a my w szoku - przecież odpowiedzi na te pytania mógł udzielić każdy z nas i to nawet pełniejszych. I komunikat na koniec: "Proszę się nie zdziwić, jeśli pojawi się tu psycholog lub kapelan. Tak działamy, można im powiedzieć nawet to, czego nie mówi się żonie." A w trakcie pierwszej wizyty mama mówiła, że u taty był znajomy ksiądz, ale widocznie księża spoza hospicjum nie spełniają wymogów.
Następny dzień - niedziela. Zaczyna się agonia. Widać, że tata cierpi. Jest niespokojny, nie może znaleźć sobie wygodnej pozycji. Panie nie zostawiły nam wytycznych, co robić, gdy zacznie boleć bardziej, więc dzwonimy do lekarki. Raz, drugi, trzeci. W końcu ktoś podnosi. Dziecięcy głos informuje, że pani doktor będzie jutro bo dziś jest na chrzcinach. Próbujemy z pielęgniarką. Nie odbiera.
Doktor M. ratuje nas po raz kolejny. Chociaż jest chora, wstaje z łóżka, oblicza dawkowanie i wypisuje receptę na morfinę. Obdzwania znajome pielęgniarki. Na szczęście jedna z nich ma czas. Pani Jadwiga cały czas mówi do taty, zostaje dwie godziny. Założyła cewnik - tata od razu się uspokoił. Pójście do ubikacji - wczoraj jeszcze możliwe - dziś jest nierealne. Pani Jadwiga założyła wenflon, pokazała, jak podawać leki. Nauczyła nas podawać tacie wodę strzykawką.
Tylko dzięki nim - pani Jadwidze i doktor M. - tata odszedł spokojnie. Byliśmy z nim do końca trzymając go za ręce i starając się je ogrzać. Była czwarta rano.
Dzwonimy na dyżurny numer hospicjum, chcemy załatwić kartę zgonu niezbędną do wystawienia aktu zgonu. Pani koordynator każe odczekać dwie godziny i dzwonić do "naszego" lekarza. Czekamy siedząc przy tacie. Szósta - można już dzwonić. Pani doktor nie odbiera kilkunastu telefonów. Znów telefon na numer dyżurny. Pani mówi, że spróbuje się dodzwonić sama. W końcu przysyła innego lekarza.
Ta kolejna pani doktor wypisuje kartę zgonu nie patrząc na ciało, ani na nas zapłakanych. Usprawiedliwia koleżankę: "w końcu każdemu człowiekowi może się zdarzyć nie wziąć telefonu". Potem snuje opowieść o tym, jak to jej samej się zdarzyło zgubić kartkę z adresem osoby, którą rodzina zgłosiła do hospicjum. No i ona czeka właśnie, aż ta rodzina zadzwoni jeszcze raz i poda ten adres. Ciekawe jak długo na panią doktor czekał umierający człowiek i czy ktoś zdążył mu pomóc?