Moja mama odeszła w ubiegłym roku. Cztery dni po moich kolejnych urodzinach, zaledwie po miesiącu od zdiagnozowania u niej raka. Był tak rozległy, że nie dało się już zrobić nic. Mimo to przygotowywałem się do długiej walki o nią. I pewnie dlatego nie spieszyłem się z niczym. Miała przecież żyć jeszcze nawet dwa lata (nie wiem skąd mi się wzięły te dwa lata?).
Odeszła nieświadoma swojej choroby, pełna nadziei na wyleczenie. Ale czy na pewno nie domyślała się? Tego nie wiem... Wiem natomiast, że z tą chwilą zyskałem w niebie najlepszego anioła stróża. Takiego, o jakim marzy każdy. Ciągle czuję na swojej głowie jej rękę. Tę samą, którą trzymałem w ostatnich chwilach jej życia.
Od roku źle sypiam, nikt nie umie pomóc mi żebym pamiętał o niej, zamiast wspominać boleśnie. Boję się śmierci. Wiara katolicka nie potrafi pokazywać jej pozytywnej twarzy. Ale teraz boję się śmierci mniej. Teraz śmierć będzie dla mnie podróżą do mamy. Nie wiem kiedy do niej pojadę, ale wiem, że powiem jej wtedy wszystko czego nie zdążyłem zanim odeszła. Kocham cię, mamo.