"Trzeba pamiętać o nieustannej wdzięczności, za ten dar, jakim dla człowieka jest drugi człowiek".
Jan Paweł II Babcia i mama były długowieczne. Nikt w rodzinie nie chorował na raka piersi. Ja po wielu operacjach m.in. trzykrotnej nieudanej operacji lewego stawu biodrowego, mam endoprotezę, robiłam profilaktycznie mammografię co roku. Ostatnią w połowie 2007 roku w "INVICTA" w Gdańsku. Wszystko było w porządku.
Wiedziona instynktem, a może bardziej pomocą Opatrzności, pierwszego lutego zgłosiłam się prywatnie na USG piersi. I zaczął się koszmar. Dr Maria Ziegert (wszystkim polecam tę super radiolog) dokładnie mnie zbadała i napisała, że to guzek lewej piersi, raczej złośliwy i już są zagrożone węzły chłonne.
I co dalej? Najpierw szok, łzy i prośba - do kogo się zgłosić? Dostaję numer komórki do chirurga onkologa. Wszystko super pilne: powtórna mammografia, biopsja i termin operacji.
Rodzina i grono przyjaciół pocieszają, radzą, kierują na konsultacje, m.in. do RCO w Bydgoszczy, ale stamtąd w popłochu uciekam, bo potraktowano mnie mówiąc oględnie źle.
A w Gdańsku w ACK - AM komornik, problemy finansowe. Jak długo będę czekać, czy operacja na miejscu, a może w Kartuzach? Jestem zapisana w kolejce, bardzo dużo chorych kobiet na raka i to w różnym wieku. Dostaję termin - 28 lutego, bardzo szybko, operuje mnie dr Maciej Świerblewski. Krótka rozmowa: czy się zgadzam na totalną mastektomię i wycięcie węzłów chłonnych? Tak. Przecież chcę żyć i mam dla kogo.
Ten etap przeszłam szybko. Nie opłakiwałam ani piersi, ani niesprawnej ręki, ani utraty włosów. Wycięto mi oprócz lewej piersi 22 węzły chłonne, z czego l0 było nowotworowych.
Zaczął się najtrudniejszy okres w życiu. Chemia FAC, czyli "czerwona" czekała na mnie w Wojewódzkim Centrum Onkologii. Moje leczenie prowadzi lekarz onkolog Monika Nowaczyk. Chemię zaczęłam w kwietniu, w sumie sześć razy. Ostatnią wzięłam 28 lipca. Były przerwy z powodu złego samopoczucia i bardzo słabej odporności. Białe ciałka spadały prawie do zera (O,43). Wtedy dodatkowo otrzymywałam zastrzyki z Neupogeną, po których kości "rozsadzały" ciało. Nie chciało się oddychać, bo wszystkie zapachy - nawet te, które się lubiło - powodowały torsje. Nie mówiąc o proszkach do prania i... jedzeniu. Ratunkiem była systematycznie brana Atossa przeciwwymiotna. Noce były najgorsze. Kuliłam się w sobie w całkowitej ciszy i odosobnieniu, kiwałam się do przodu i do tyłu. Nie umiałam się modlić, mogłam jedynie pojękiwać i wołać cicho do Boga, żeby się ulitował. Przecież wie, gdzie kończą się nasze możliwości.
Te cztery miesiące to granica życia i chęć ucieczki od wszystkiego - nawet od ludzi, których bardzo kocham. To zadawane pytanie: dlaczego, jak długo i czy warto?
I mówię, że warto, bo następny dzień witał mnie słońcem, uśmiechem najbliższych, czasem zapachem morza, a przede wszystkim otwartością i życzliwością dobrych ludzi. Jak bardzo docenia się wtedy każdy gest, każdą kartkę, telefon i SMS. Tak bardzo zbliżyłam się do ludzi, z którymi nie widziałam się i nie rozmawiałam wiele lat.
Cierpienie samo w sobie nie ubogaca - wręcz osłabia, ale przeżyte zamienia się w nowe życie. Życie głębsze i bardziej sensowne.
Przeszłam już napromienianie, których było dwadzieścia pięć, czyli sześć tygodni na Oddziale Onkologii Ginekologicznej i Radioterapii AM w Gdańsku. Życzę pacjentom takiej opieki i profesjonalizmu. Nie sposób wymienić wszystkich, ale na ręce pani docent Krystyny Serkies przekazuję podziękowania całemu personelowi. Odbudowałam skórę po napromienianiu, bo muszę być przygotowana do badań i dalszego leczenia.
To nie koniec walki o życie. Mój nowotwór jest bardzo agresywny. U mnie mogą szybciej pojawić się przerzuty i krótszy jest okres przeżycia. Od piątego listopada zaczynam roczną terapię celowaną - Herceptyną, która ma odnajdywać i atakować komórki nowotworowe, nie zagrażając zdrowym (tak jak przy chemioterapii FAC). Będę walczyć o życie, ale również chcę rozmawiać o śmierci - może z księdzem Jackiem Sochą z
Hospicjum Domowego - jako o czymś, co jest nierozerwalnie związane z życiem.
Dziękuję "Gazecie Wyborczej" za ten cudowny cykl "Umierać po ludzku". Nie bójmy się o tym mówić nawet z dziećmi i wnukami.