http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Niech ktoś ze mną porozmawia o Andrzeju!

Hanna P.
2008-10-29, ostatnia aktualizacja 2008-10-29 17:16

Minęło osiem lat. A ja się ciągle się z tym nie uporałam. Chcę Go wspominać, oglądać zdjęcia. Nie chcę, żeby ktoś mi mówił, że mam nie dramatyzować. Chcę się wreszcie dowiedzieć, co czują moje dzieci

Andrzej zachorował w najmniej odpowiednim momencie. Najpierw żaden lekarz nie wierzył w jego dolegliwości. Zaczął widzieć podwójnie i żartował: "Nareszcie mam dwie żony". W końcu diagnoza - trzeba wyciąć grasicę! I pierwsze przerażenie.

W maju pierwsza komunia młodszego syna, a Andrzej bardzo słaby. Chodzi do pracy, ale ma problemy z jazdą samochodem. Ja jestem wściekła. Bo muszę sama przygotować uroczystości. Zaraz po "białym tygodniu" zabieg. Lekarze uprzedzają, że może być różnie. Odprowadzam Go pod drzwi sali operacyjnej. "Będzie dobrze!" - przyklejony uśmiech, makijaż, obcasy. Trzy godziny spaceruję po Warszawie. Bardziej targuję się z Bogiem, niż szczerze modlę.

Na sali pooperacyjnej Andrzej uśmiecha się. Po tygodniu wraca do domu. Czekamy na badanie wycinka guza. Mój kochany mąż, który zawsze żartował i tańczył ze mną na środku kuchni, staje się milczący. Nie ma ochoty wyjść, nie ma nastroju.

Lipiec. Chłopcy jadą na kolonie. Upał i równia pochyła w dół. Ból w klatce piersiowej, krótki oddech, brak sił, nie wytrzymuje z bólu. Jedziemy do szpitala. Leki przeciwbólowe, psychotropowe i wracamy. Ale od tej pory towarzyszy mi uczucie nie do opisania. STRACH. Bóg nie może mi tego zrobić.

W poniedziałek Andrzej idzie do pracy. Umawiamy się, że przyjadę po niego, jak zadzwoni. W pracy traci przytomność, jest długo reanimowany. Pierwsza karetka przyjeżdża bez respiratora! Druga za późno. Akcja serca wraca, ale mózg śpi.

Zmarł po 12 dniach nie odzyskawszy przytomności. Nie było mnie przy Nim. Spóźniłam się. Lekarze pozwolili mi się pożegnać. Nie mogłam płakać. Chciałam być z Nim sama, nie byłam. Chciałam krzyczeć, nie mogłam. Chciałam Go przytulać, ale bałam się dramatyzować przy pielęgniarkach. "Ojczyzną Apacza jest walka!" - tak Andrzej mówił synom, gdy płakali. I tak Go pożegnałam. Dzieci nie widziały Ojca po śmierci. W imię źle pojętego dobra chroniłam ich przed własnymi uczuciami. To straszne!

Minęło osiem lat. A ja się ciągle się z tym nie uporałam. Czasami chcę krzyczeć: niech ktoś ze mną porozmawia o Andrzeju! Chcę Go wspominać, oglądać zdjęcia. Nie chcę, żeby ktoś mi mówił, że mam nie dramatyzować. Chcę się dowiedzieć, co czują moje dzieci. Wspomnienia wywołują u mnie strumień łez, więc synowie nie chcą rozmawiać. Nie do zniesienia są chwile, jak matura starszego syna. Czy On to widzi? Dlaczego muszę być sama? Kto się mną zaopiekuje, jak synowie założą własne rodziny?

Dzięki Waszej akcji "Umierać po ludzku" wiem, że moja mama i mój tata umrą w domu! Przy mnie. I sama ubiorę ich na ostatnią drogę.

  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':