http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Broniłam drzwi jak lwica

Wioletta-Czaplinek
2008-10-24, ostatnia aktualizacja 2008-10-24 17:53

Mąż całe życie powtarzał, że najgorsze, co może go spotkać to choroba i leżenie w pampersach. Zawsze powtarzał, że nie chciałby, żeby go wtedy oglądać w takim stanie. Myślał o tym, bo jako 17-letni chłopak przeżył śmierć swojego ojca

Sześć lat temu zostałam wdową. Miałam 36 lat, 15-letniego syna i córkę trzylatkę. Choroba męża spadla na nas nieoczekiwanie i trwała 39 dni. Mąż zmarł na dwa miesiące przed 40-tymi urodzinami. Teściowa stwierdziła: cierpiał jeden dzień za każdy rok życia. Zmarł nieświadomy.

W dniu, kiedy dostał wylewu, spakowałam do szpitala i Jego i siebie. Spędzałam z mężem całe dnie. A jeśli musiałam wyjechać do dzieci, przyjeżdżały jego siostry, choć mieszkały jedna 150, druga 250 km od szpitala. Nocami zostawał sam.

Mąż całe życie powtarzał, że najgorsze, co może go spotkać to choroba i leżenie w pampersach. Zawsze powtarzał, że nie chciałby, żeby go wtedy oglądać w takim stanie. Myślał o tym, bo jako 17-letni chłopak przeżył śmierć swojego ojca. Dziesiątki znajomych chciały przyjść, ale broniłam drzwi jak lwica. Kiedy lekarze powiedzieli, że nadchodzi koniec, pożegnali się z nim tylko najbliżsi - matka, siostry, syn i czwórka przyjaciół.

Zmarł w niedzielę nad ranem. Nie było mnie, pojechałam na noc do dzieci. W nocy, kiedy umierał, planowałam, jak przygotować mieszkanie na Jego powrót - jak ustawić łóżko, jaki baldachim powiesić, żeby nie było jak w szpitalu. O 8.05 obudził mnie telefon. Wiedziałam, co to znaczy.

O 10 już byłam przy mężu - 150 km od domu. Leżał w ciemnym wąskim pomieszczeniu. Żeby Go zobaczyć, uchyliłam drzwi na korytarz i odwinęłam brzeg czarnego worka. Żegnałam się pilnując jednocześnie, by drzwi nie otworzyły się za szeroko. Na korytarzu było pełno ludzi.

W poniedziałek przywiozłam Go do domu, do Czaplinka i powiadomiłam znajomych, że trumna będzie otwarta w kaplicy tylko dwie godziny. Jeśli ktoś się chce pożegnać... Potem zamknęłam trumnę i nie otworzyłam już nigdy.

Wierzę, że umarł po ludzku - otoczony rodziną i myślami znajomych, choć w chwili śmierci był sam. Żałuje tylko, że nie wystawiłam ciała męża w Jego rodzinnym domu - moglibyśmy być z nim dłużej.

Wkrótce Wszystkich Świętych. Nie lubię tego dnia, a jednocześnie lubię. Bo to święto rodzinne - cały dzień jesteśmy razem, wspominamy Go, śmiejemy się.

Córka nie pamięta taty - nie mówi o nim, wyparła Go. Jest skryta i małomówna, choć otaczamy ją ogromną miłością. Ja trwam w swoim mieście, jest mi dobrze, mam tu żywe wspomnienia. Syn żyje swoim życiem - studiuje daleko od domu. Boję się o niego.

  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':