http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Cierpienie zbliżyło nas jeszcze bardziej

Barbara
2008-06-24, ostatnia aktualizacja 2008-06-24 16:44

Choroba nowotworowa, stan pooperacyjny i udar jednocześnie, czy może być coś gorszego? Do dziś nie wiem, jak to przeżyłam. O rozpaczy, która była w otwartych, świadomych oczach męża, nie zapomnę nigdy



17 marca 2008 roku, odszedł mój mąż. Chorował od 17.08.2004. W sierpniu 2004 przeszedł operację jelita grubego. Badania poprzedzające operacje wykazały nowotwór. Dzień przed operacją, lekarz poinformował o tym męża. Mąż mówiąc mi o tym, starał się być dzielny, lecz ja widziałam strach w jego oczach. Po kilkugodzinnej operacji, lekarz pocieszył mnie, że stan nie był jeszcze bardzo zły i po odpowiedniej terapii jest szansa na uratowanie męża. Podczas drugiej doby po operacji, w nocy, w szpitalu wystąpił u męża rozległy udar mózgu, który spowodował całkowity paraliż prawej strony ciała i utratę mowy. Choroba nowotworowa, stan pooperacyjny i udar jednocześnie, czy może być coś gorszego? Do dziś nie wiem, jak to przeżyłam. O rozpaczy, która była w otwartych, świadomych oczach męża, nie zapomnę nigdy. Pierwsze osiem dni, leżał na Oddziale Chirurgii a następnie przetransportowano go do innego szpitala, na Oddział Neurologii. Nie będę tu opisywała warunków szpitalnych, o podejściu do chorego i do mnie, jako osoby mu najbliższej, nie wspomnę. To zupełnie odrębny i szeroki temat. Określę jednym słowem-koszmar, znieczulica.

Moje niemal codzienne pobyty w szpitalu, przy łóżku męża i pielęgnacja z mojej strony, były ratunkiem i pocieszeniem dla niego. Po kilkudniowym pobycie na Neurologii, ordynator oświadczyła, że musze zabrać męża do domu, nie dając żadnych wskazówek, co mam dalej robić. Mąż był w okropnym stanie, nie mógł nawet prosto utrzymać głowy, ani samodzielnie siedzieć w wózku inwalidzkim. Opatrzność mi pomogła, bo w tym samym czasie został otwarty Prywatny Zakład Opieki Lekarskiej, gdzie za odpowiednią opłatą, bez trudu umieściłam męża. W zakładzie tym mąż miał intensywną rehabilitację, w wyniku której, po dwóch miesiącach, zaczął chodzić przy pomocy ,,czworonogu". Niestety prawa ręka pozostała niesprawna. Nie odzyskał także mowy. Kiedy tylko mąż poczuł się lepiej i zaczął chodzić przywiozłam go do domu. Pragnął tego bardzo. W domu był nadal rehabilitowany(prywatne koszty). Po kilku miesiącach, o kuli mógł wychodzić ze mną na spacery.

Niestety, ze względu na stan poudarowy, mąż nie mógł być w odpowiednim czasie poddany chemioterapii, koniecznej do opanowania choroby nowotworowej. Skutkiem tego był przerzut do wątroby, stwierdzony w 2005. roku. Dopiero pod koniec 2005 roku, rozpoczął kurs chemioterapii w Centrum Onkologii. Był szczególnym pacjentem, nie mówiącym, chodzącym z ,,czworonogiem" po szpitalnych korytarzach, mający pomimo wszystko, nadzieję na życie.

Każdego dnia byłam przy nim w szpitalu. Starałam się, gdy tylko odłączono chemię, zabrać go natychmiast do domu. Wyniki badań po kolejnych kursach chemioterapii, były różne, ale wciąż była nadzieja. Wciąż dzielnie walczył z chorobami. W 2007 roku, wstępnie stwierdzono przerzut, tym razem do płuca. Zastosowano radioterapię, w wyniku której zmiana przerzutowa zmniejszyła się, nastąpiła poprawa.

Niestety jesienią 2007, w październiku, zauważyłam stopniowe pogarszanie się stanu męża. Chodził coraz wolniej, męczył się, kontakt z nim był trudniejszy. Pomimo że nie mówił , miał pełną świadomość, oglądał telewizję, interesował się sprawami rodzinnymi, żywo reagował na wizyty dzieci i wnuków.

Badania przeprowadzone w grudniu 2007 roku, wykazały przerzutowe zmiany w mózgu. Zmiany drobne, ale liczne. Lekarze zadecydowali o radioterapii, na którą bardzo niechętnie się zgodził. Przekonywałam go, że jest to szansa na zatrzymanie zmian przerzutowych, mając na uwadze stabilność innych, wcześniej stwierdzonych przerzutów. Lekarze uprzedzili mnie, że w ciągu trzech tygodni po radioterapii, stan męża będzie gorszy niż przed leczeniem, lecz po tym czasie powinien się poprawić. Ile było nadziei mojej i jego... Jednak po trzech tygodniach stan zdrowia męża, uległ niestety pogorszeniu. Nie mówił, więc nie mógł mi przekazywać, co się z nim dzieje. Jednak jego zachowanie, jęki, nieprzespane noce wskazywały, że bardzo cierpiał. Lekarka z domowego hospicjum aplikowała mu silne leki przeciwbólowe i uspokajające. Tracił siły. Z coraz większym wysiłkiem i przy mojej pomocy, stawał by przejść do łazienki załatwić potrzeby fizjologiczne. Gasł w oczach.

W ostatnich dniach życia nie mógł chodzić Załamałam się, gdyż sama nie mogłam mu zapewnić właściwej opieki, szczególnie higieny osobistej. Zmiana pampersów w warunkach domowych, przez jedną osobę, była właściwe nie możliwa. Mąż cierpiał, zdawał sobie sprawę z sytuacji, wiedział ,że ja nie daję rady. Mieszkamy sami synowie mają swoje rodziny w innych miastach, wspomagali nas w miarę możliwości.

Lekarka z hospicjum domowego, która w ostatnim okresie przyjeżdżała do męża, zaproponował mi by umieścić go na Oddziale Terapii Paliatywnej przy Centrum Onkologii. Nie mogłam się zdecydować na to, lecz całkowita bezradność w powstałej sytuacji podpowiadał mi, żeby jednak przewieźć męża na oddział. Mówiłam do niego o moich rozterkach i bezradności. Wiedział na pewno, że chcę go odwieźć do szpitala, nie mówił, więc nie potwierdzał, ani nie zaprzeczył tej decyzji. W milczeniu cierpieliśmy oboje.

17.03.2008 roku, rano otrzymałam telefoniczną informację, że jest dla męża miejsce na Paliacji i mam go tam przewieźć około godziny 15-tej. Załatwiłam więc sprawę transportu i czekaliśmy na ostateczną, ustalona godzinę przyjazdu karetki, 14:30. Stan męża był ciężki, lecz siedział na łóżku, zjadł śniadanie, pił herbatę. Trzymając za rękę, pocieszałam go, że niedługo pojedzie do szpitala, może podadzą mu tlen, będzie mu łatwiej oddychać, może dostanie inne leki niż w domu i będzie lepiej. Zapewniałam, że będę tam przy nim. Niestety o godzinie 13:40, a więc nie całą ustaloną godzinę przed odwiezieniem na Paliację, mąż zakończył życie, w domu, na własnym łóżku, w mojej obecności.

ON KOCHAL DOM, NIE CHCIAŁ UMIERAĆ W SZPITALU I BÓG GO WYSŁUCHAŁ.

MYŚLE, ŻE WSZYSCY ODCHODZĄCY Z TEGO ŚWIATA, PRAGNĄ UMIERAĆ WSRÓD NAJBLIŻSZYCH, WIEM TO TERAZ NA PEWNO.

A JA CÓŻ, NIGDY W ŻYCIU NIE WYBACZYŁABYM SOBIE, GDYBYM WYWIOZŁA GO Z DOMU NA OSTATNIE CHWILE ŻYCIA. OPIEKOWAŁAM SIĘ NIM PRZEZ OKRES PRAWIE CZTERECH LAT. CIERPIENIE JEGO I MOJE, JESZCZE BARDZIEJ NAS ZBLIŻYŁO. BYLIŚMY MAŁŻEŃSTWEM PRZEZ 47 LAT. MĄŻ ZMARŁ MAJĄC 70 LAT. PAN BÓG USPOKOIŁ MOJE SUMIENIE, POZWALAJĄC MĘŻOWI NA SMIERĆ W DOMU.

MYŚLE, ŻE UMIERAŁ PO LUDZKU.

Na pewno zbyt chaotycznie przedstawiłam naszą historię, nie wiem czy ktoś będzie się trudzić, by ją przeczytać, lecz, gdy zapoznałam się z artykułami i listami na ten temat ,,Umierania po ludzku", postanowiłam napisać jak potrafię.



  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':