Mój 77 letni zmarły przed rokiem Mąż przeszedł trzykrotną operację kręgosłupa, a cztery lata przed śmiercią, rozpoznano u niego chorobę Parkinsona. Był niepełnosprawny. Miał pod koniec, bardzo zaburzoną mowę, ale w myśli pozostał jasny. Znalazł się w szpitalu tylko dlatego, że pulmonolog nie rozpoznała zapalenia płuc i po kilku dniach zabrało go pogotowie. Lekarz dyżurny zdecydował pozostawić męża w szpitalu, ale miejsce dla niego miałam znaleźć sama. Była sobota, biegałam po różnych oddziałach, gdzie mąż był wcześniej hospitalizowany, ale nie było miejsca. Po jakimś czasie znalazł się na korytarzu, na łóżku polowym na przeciągu, prawie na podłodze. Położony z trudem mąż wydał z siebie szloch, którego nigdy nie zapomnę. Po kilku godzinach, znalazło się miejsce w ośmioosobowym pokoju. Przywieźliśmy z domu poduszkę i materac przeciwodleżynowy, ponieważ mąż mógł leżeć tylko w jednej pozycji. Kiedy chciałam zmierzyć temperaturę, chorzy poinformowali mnie, że tutaj nie mierzy się temperatury. Nie wierzyłam, zapytałam pielęgniarkę, odesłała mnie po termometr na inny oddział, ale i tam nie mogli mi go pożyczyć. Córka przywiozła z domu. Lekarz poinformował nas, że możemy być przy chorym tylko do 22, a nocnej opieki w tym oddziale nie można załatwić.
Kiedy przyjechałam do Męża w niedzielę o 7 rano, spał. Dosłownie za mną, zjawił się ksiądz. Maż otworzył oczy i zobaczyłam jego przerażony wzrok. Mówię do księdza:,, Proszę pozwolić mi przywitać męża i przygotować go". Ksiądz spojrzał na kartę i mówi: Miała pani 77 lat na przygotowanie Męża. Podszedł i namaścił go olejami świętymi. Starszy pan leżący dłużej od mojego męża, widząc moje zdenerwowanie, powiedział:,, Proszę się nie przejmować, to ksiądz cham". Kiedy za chwilę przyszła córka, to Mąż jako pierwszą informację przekazał jej, że ksiądz mamę zwymyślał.
Oboje byliśmy (ja wciąż jestem) praktykującymi katolikami, jednak nie zdecydowaliśmy się zaprosić księdza z mojej parafii, by nie stwarzać wrażania, że ta ostatnia niedyspozycja, może się źle skończyć. Mąż nad wyraz dzielenie, mimo ogromnego cierpienia, walczył ze swoją niepełnosprawnością. Wiedział od lekarzy ,że jak się podda to będzie koniec. Nie wiem, czy ten ksiądz w dalszym ciągu opiekuje się chorymi. Wiem na pewno, że nie nadaje się do takiej posługi.
Jako przykład właściwego zachowania księdza w takiej sytuacji, podam przykład młodego księdza ze Szpitala na Banacha. Umierała tam na raka, przed dwoma laty, moja przyjaciółka, ochrzczona, ale niepraktykująca. Kiedy lekarze stwierdzili, że to ostatnie godziny jej życia, jej praktykujący mąż, poprosił księdza o sakrament chorych. Byłam przy tym. Chora nie mówiła, nie chciała przyjmować leków, ,,odchodziła".
Przyszedł ksiądz, odmawiał ,,Zdrowaś Maryjo", my z nim, a chora tylko poruszała ustami. Ksiądz po modlitwie mówi: ,,Pani Danusiu, proszę być dobrej myśli, jutro przyjdę znowu". Pomyślałam: dobry psycholog, ale ona umiera. Po wyjściu księdza, otworzyła oczy. Poprosiłam by wzięła leki. Wzięła. Powiedziała, że miała wrażenie, że była zamknięta w kostce domina. Żyła jeszcze dwa miesiące.
Wracając do opieki nad mężem w Szpitalu Wolskim. Mąż bardzo narzekał na nocną opiekę. Powiedział, że mieli go za osobę nienormalną (zaburzona mowa, o czym informowałam). Jeśli chodzi o opiekę lekarska, to była typowa opieka sobotnio-niedzialna, jeden lekarz dyżurny na kila oddziałów. Natomiast bardzo pozytywnie oceniam pielęgniarki i salowe, a szczególnie wyróżniłabym pielęgniarkę, która była przy śmierci męża. Kiedy mąż zaczął mieć kłopoty z oddychaniem, natychmiast dostał tlen. Byłam cały czas przy mężu. Córki wysłałam do domu, by odpoczęły. Mąż spał. W pewnym momencie przestał oddychać. Nie zdając sobie sprawy pobiegłam po pielęgniarkę, myślałam, że odłączył się tlen. Przyszła natychmiast, przytuliła mnie i powiedziała :,,To niestety koniec". Pomogła mi skontaktować się z córkami. Pozwoliła nam być jeszcze kilka godzin przy mężu.
Umierał w szpitalu, ale uważam że godnie. Była niedziela, więc odwiedziny, zięciów, wnuków mąż uznał za normalne, a córki i ja byłyśmy z nim prawie cały czas.
Wstrząsnął mną artykuł pani Bożeny Aksamit, o umieraniu pani z Bolesławca i o stosunku jej córki-sędzi chorej matki. To nieprawdopodobne by w normalnej rodzinie, w normalnych relacjach wychowywał się takie potwor. Nie życzę tej młodej osobie, aby takie pożegnanie ją kiedyś spotkało.
Jest to naturalne, że osoba umierająca chce mieć przy sobie najbliższych. A jeszcze ważniejsze jest to, jak najbliżsi zachowują się w czasie choroby.
Mój Mąż przez ostatnie dwa lata wymagał pomocy przy każdej czynności. W ciągu tygodnia, kilka godzin dziennie miałam pomoc do męża, ale wieczorami oraz w soboty i niedziele, pomagały mi córki zięciowie oraz wnuki. Nie poradziłabym sobie sama, choć Mąż chciał oszczędzać dzieci, były na każde moje wezwanie(mieszkamy w dużym rodzinnym domu, który dzięki niezwykłej pracowitości wybudował maż, z myślą o starości).
Obcy ludzie też zachowywali się wspaniale. Kiedy pierwszy raz Mąż przewrócił się na ulicy (jeszcze nie wiedzieliśmy, że to parkinson). Młody człowiek wezwał wówczas pogotowie i nawet, gdy ja już się tam znalazłam i podziękowałam mu za pomoc, zdecydował się że będzie czekał na pogotowie. I czekał.
Innym razem Mąż przewrócił się w ogrodzie. Sama nie mogłam mu pomóc wybiegłam na ulicę i poprosiłam idącą młodą parę ludzi o pomoc. Mężczyzna bez wahania pomógł mi podnieść Męża i posadzić w wózku. To są zachowania nadzwyczajne. Obcy ludzie udzielają bezinteresownej pomocy, a czasem najbliżsi lub ludzie dla których pomoc innym jest częścią ich pracy, nie udzielają wsparcia.
Uważam akcję Gazety za niezwykle pożyteczną.