KAMIL: Świat wygląda lepiej na stojąco Jest kwiecień 2005 r. 13-letni Kamil gra w nogę. W jednej drużynie są chłopaki z jego wsi, w drugiej z sąsiednich wiosek. Drużyna Kamila wygrywa dwa do zera. Jeden gol był jego. Dochodzi trzecia. - Spadam na
obiad - mówi Kamil i goni do domu. Od bramy czuje zapach placków ziemniaczanych. Jego ulubione. Od biedy mogłyby być i kopytka. "Byle nie mięso" - myśli sobie i wpada do domu. Młodsze rodzeństwo już siedzi przy stole.
- Ty to synek tak biegasz, jakbyś miał za chwilę przestać chodzić - rzuca przez ramię mama. "Musiałam te słowa wypowiedzieć w złą godzinę" - powie potem.
- Dobry piłkarz trenuje, nawet kiedy siedzi- śmieje się Kamil. - Będę piłkarzem! O tym, że od kilku lat jeździ z mamą do Międzylesia i leczy się u gastrologa i alergologa, nie myśli. No bo co to za problem. Są leki - brane regularnie muszą pomóc.
Wrzesień 2005. Kamil ma silne bóle kręgosłupa. Nie może usiedzieć na lekcjach.- Ty to masz uczulenie na szkołę - powie mu potem jedna z nauczycielek.
Nocami wyje z bólu. Lekarze nie wiedzą, co się dzieje: gastroskopia, kolonoskopia, USG, badanie gęstości kości. W końcu rtg. kręgosłupa. "Cień padający na trzeci i czwarty krąg lędźwiowy" - czyta w karcie mama. Kilka tygodni później Kamil nie może już stać na własnych nogach. Przestaje sikać. Matka wiezie go na rękach do szpitala. Lekarze zlecają natychmiast operację. - Nowotwór, i to bardzo złośliwy - mówi tuż po niej jeden z lekarzy. - Miałam ochotę go za to walnąć w twarz - powie później mama Kamila.
W grudniu pierwsza chemia i pierwsze święta poza domem. Kamil nie ma siły wstać z łóżka. Ciągle wymiotuje. Od patrzenia w okno kręci mu się w głowie. Pada śnieg, jego zdaniem za szybko pada. Do sali wchodzą i wychodzą goście. Takiej masy prezentów jeszcze nigdy nie dostał.
- Powiedz mi, synku, co byś chciał jeszcze od Świętego Mikołaja? - pyta mama, a w duchu już szepcze swoją odpowiedź. - Wiesz, mamo, jutro mógłbym umrzeć, ale dziś jeszcze chciałbym pochodzić.
Chemia poskutkowała. Chłopiec już siedzi, no, prawie. A po radioterapii prawie chodzi, podpierając się balkonikiem. - Jednak, mamo, ten świat jest piękniejszy na stojąco - mówi oparty o ścianę. - Tylko się tak nie martw, bo mnie wkurzasz - uśmiecha się. Wracają do domu. Kamil ma indywidualne nauczanie. Jak wychodzi nauczycielka, włącza sobie satelitę.
- Jak to, co leci? Mecz leci - tłumaczy do słuchawki koledze Piotrkowi, który wymiękł, gdy zobaczył, że Kamil nie ma włosów ani brwi. Przez parę tygodni się nie pokazywał u niego, ale wrócił. - To prawdziwy przyjaciel - powie z dumą Kamil.
Znów szpital. Znów chemia. Nowotwór idzie dalej. Chłopiec prawie nie śpi. Mama z nim. - Niewiele możemy zrobić - mówi lekarz i daje adres hospicjum. - Jak ja mam mu to powiedzieć? - pyta samą siebie matka. Pielęgniarkę z Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci prosi, żeby powiedziała synowi, że jest z Poradni Leczenia Bólu, a nie z hospicjum.
KASIA: Szczęście jest w tysiącu kolorowych kresek Wrzesień 2003 r. Łódź. Sześcioletnia Kasia wybiega ze szkoły. Na sobie ma czerwoną bluzę i spodnie, na głowie czerwoną chustkę w kwiatki. Kiedyś miała gęste blond włosy. Lubiła, jak tata je roztrzepywał palcami i mówił: - Moja Kasiunia.
To pierwszy dzień Kasi w szkole. Jak miała pięć lat, wykryto u niej nowotwór cewki moczowej. Lekarze założyli jej urostomię - od tej pory sika do specjalnego woreczka. Kupy też nie robi, jak inne dzieci. Ma drugi worek, bo nowotwór dotarł do jelita. Nauczycielki bały się, że jej dzieci coś urwą, popsują, ale mama się uparła. - Mieszkamy po drugiej stronie ulicy. Tylko na mnie gwizdniecie i będę. Nie odbierajcie jej tej radości, musi chodzić do szkoły.
- A wiesz, mamusiu, jeden chłopak to mi powiedział: "Kasia, ty to jesteś niezła laska". Śmieją się, idąc do domu ulubioną alejką. Słońce świeci prosto w twarz.
Kasia wstaje rano, stroi się na czerwono (bo to jej ulubiony "koror"), maluje usta błyszczykiem, układa zeszyty i książki. - Pączusiu, idziemy! - woła do taty. Pilnuje, żeby nie palił papierosów. Na wszystkich drzwiach
mieszkania rozkleja kartki: "Zakaz palenia". Wygląda wtedy jak anioł, ale aniołem na pewno nie jest. Rodzina ma na to liczne dowody.
Dowód pierwszy: Kasia umie się złościć jak mało kto. Wtedy tupie nogami, wszystkich obraża i chowa się pod stołem. Dowód drugi: Kiedy Gosia jej dokucza, to wali ją pięścią prosto w nos z okrzykiem: "Masz!". Potem idzie "przemyśleć", co narobiła, i dochodzi do wniosku, że zrobiła źle. - Małgosiu, przepraszam - miga do siostry i tuli ją. Małgosia jest trzy lata starsza. Od urodzenia nie mówi i nie słyszy. Źle widzi. Razem bawią się w sklep i kwiaciarnię, strzelają z gumek od piżamy, nagrywają dla mamy i taty kasety z wymyślonymi piosenkami.
Kasia chciałaby zostać piosenkarką, a może tancerką. Jeszcze dokładnie nie wie. Marzy o tym, żeby pojechać do Disneylandu. - Bo tam jest taki piękny, bajkowy świat - mówi.
Kasia ma dwa
domy. Ten drugi to Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Chemie, naświetlania, pompy infuzyjne, wymioty, sińce pod oczami, krwotoki z nosa. Ale też świat elfów, wróżek i dobrych skrzatów. Tysiące bajek opowiedzianych przez mamę i wymyślonych przez siebie. Ale najbardziej lubi, jak mama opowiada o tym, jak była jeszcze mała i zdrowa.
- Mamo, opowiedz, jak się rodziłam - prosi, podskakując na szpitalnym łóżku.