Stanisława Barakońska przeciera oczy czerwone ze zmęczenia po całonocnym dyżurze. - Co jest najtrudniejsze dla umierającego?
- Pogodzić się ze śmiercią.
- Co jest najtrudniejsze dla jego bliskich?
- Pozwolić mu odejść.
Przez 13 lat pracy w częstochowskim hospicjum miała niejedną nieprzespaną noc. Ta nie była zła - nie musiała nikomu mówić, że ktoś mu najbliższy ma przed sobą kilka, może kilkanaście godzin życia.
- To nigdy nie jest łatwa rozmowa - mówi. - Ale bardzo ważna.
Odwiedzając pacjenta w jego domu, czasem przez długie miesiące, czasem tylko przez kilka dni, uczy rodzinę, jak opiekować się chorym. Jak myć, gdy już nie ma siły wstać z łóżka, jak oklepywać i czym smarować, żeby nie było odleżyn. Jak przylepiać przeciwbólowe plastry albo podawać podskórnie morfinę. Na koniec musi powiedzieć, jak się zachować, gdy będzie umierał.
Nie karmić na siłę, bo to go tylko męczy. Uważać przy podawaniu picia, bo może się zakrztusić. Że z leków najważniejsze są przeciwbólowe, więc jeśli nie jest w stanie połknąć innych, nie zmuszać.
Pilnować, żeby światło cały czas było zapalone - będzie się mniej bał. I najważniejsze - być przy nim. Ale gdy nadejdzie ta ostatnia chwila - nie cucić, nie potrząsać, nie wołać: Nie odchodź. Jeśli coś mówić, to raczej: Możesz iść, ja sobie poradzę.
- Nigdy nie miałam wątpliwości, czy mam prawo dawać takie rady - zapewnia Barakońska. - Wiedziałam, że to dla dobra pacjenta. Że od tego zależy, czy będzie mógł odejść spokojnie. Pięć lat temu, gdy na raka umierał mój tata, sama byłam w takiej sytuacji. Zastosowałam się do własnych słów: siedziałam spokojnie przy jego łóżku i modliłam się, żeby Bóg już go zabrał.
Między tym a tamtym światem Maria Szwarc, lekarka z hospicjum: - Umierał ojciec dwójki nastolatków. Chłopak jakoś to znosił. Córka jak wierny psiak leżała obok mężczyzny na łóżku. Wczepiona kurczowo w rękę taty zanosiła się od płaczu. Mijały godziny, dni, a ona wciąż krzyczała. W końcu umęczona tą walką wpadła w jakieś odrętwienie i ucichła. Dopiero wtedy ojciec przestał oddychać.
- Dostałam kiedyś wezwanie do domu 18- lub 19-letniego chłopaka - wspomina Marzena Bula-Podhorska, hospicyjna psycholog. - Stan był już bardzo ciężki. Chłopak dusił się, więc miał podawany tlen, był z każdą chwilą słabszy, ale przytomny. Wiedział, że umiera. To on poprosił o moją wizytę. Chciał, żebym porozmawiała z jego mamą, pomogła jej, teraz i potem, gdy jego już nie będzie. Bardzo się o nią martwił.
Rozmawiały długo. Kobieta wydawała się rozumieć, że śmierć syna jest nieuchronna, a gdy nadejdzie, chłopak przestanie cierpieć. Ale to rozum wiedział, nie serce.
- Nie była w stanie pozwolić mu odejść - opowiada psycholog. - Potem czuła się odpowiedzialna za to, że o kilka strasznych godzin przedłużyła jego agonię.
- Wiele lat temu opiekowałam się starszą kobietą, matką dorosłych już córek - wspomina Barakońska. - Opiekowały się nią bardzo troskliwie, ale gdy zaczęła się agonia, zaczęły nią szarpać, wołać, żeby nie umierała.
Nie umarła. Jej serce biło, oddychała, ale była nieprzytomna, nie reagowała na żadne bodźce. Nie jadła, nie piła, nie oddawała moczu, nie było wydalania. - To wyglądało tak, jakby się zatrzymała gdzieś między tym a tamtym światem - tłumaczy pielęgniarka. - Po wielu dniach ocknęła się na chwilę. Zobaczyła córki przy swoim łóżku, wtedy już spokojne i pogodzone z tym, że mama musi odejść. Więc odeszła.
Będzie umierał po raz kolejny Z dziewczęco okrągłej buzi siostry
Agnes - Agnieszki Kielar - spoglądają zadziwiająco dorosłe, mądre oczy. Młoda zakonnica nie jest pielęgniarką, Jest opiekunką. Jak tłumaczy, do domu chorego trafia najczęściej dopiero wtedy, gdy wszystkie zabiegi medyczne zawiodą i potrzebna jest już tylko staranna i umiejętna pielęgnacja.
- Najtrudniej jest, gdy rodzina oczekuje, że zrobimy coś, co ocali chorego, choć jest już w agonii i stwierdził to lekarz - mówi. - Najmocniej wierzą chyba w moc kroplówki. Jakby trochę glukozy i soli fizjologicznej mogło go wzmocnić na tyle, że wyzdrowieje. Ja wtedy próbuję tłumaczyć, że jeśli będą się upierać, lekarz na pewno zleci tę wymarzoną kroplówkę. Ale że zrobi to dla nich, nie dla chorego. Choremu ona nie tylko nie pomoże, lecz wręcz zaszkodzi, bo przedłuży umieranie.