- To już koniec, nic z tego nie będzie - lekarz obraca się i mówi głośno do pielęgniarki - za godzinę mamy finał. Zawołajcie księdza
- Robić to co zwykle? - pyta siostra i zaczyna otaczać łóżko parawanami.
Stary mężczyzna ma szeroko otwarte usta. Cichutko jęczy jakieś niezrozumiałe słowa.
W niewielkiej sali leżą jeszcze dwie osoby. Odwrócone twarzami do ściany pociągniętej olejną, zielona lamperią, starają się nic nie słyszeć i nie widzieć. Milczą, z oczami utkwionymi w kolorowe gazety.
Wchodzi ksiądz. Szybko poprawia seledynową stułę, gładzi białą komżę haftowaną w kaszubskie kwiaty i sięga do kieszeni po złote pudełeczko.
- Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus - podchodzi do łóżka - Przyszedłem do pana udzielić namaszczenia.
Pochyla się nad staruszkiem, dotyka czoła i rąk. Odmawia modlitwę. Lekarz i pielęgniarki, którzy usunęli się w kąt - głośno rozmawiają.
- Proszę państwa - szepcze ksiądz - On umiera.
Kapłan patrzy im spokojnie w oczy.
- Powierzcie mu swoje bolączki. Zaniesie je prosto do pana Boga.
W sali robi się cicho. Przez otwarte okno słychać wieczorną bryzę i mewy.
Pierwsza pochyla się tęga pielęgniarka.
- Zdradza mnie mąż - szepcze - Tak mi ciężko. Nie wiem co robić.
Podchodzą kolejne osoby.
Ksiądz - wysoki brunet w okularach - stoi z boku i modli się. Zostanie z chorym do końca.
Nazywa się Jan Kaczkowski od pięciu lat jest kapelanem w puckim szpitalu.
Czekając na Jacka i Piotrka
Osiem godzin wcześniej siedzę z księdzem na skwerku wśród pożółkłej trawy i kęp amarantowych mieczyków. Z prawej, zza wielkich liści kasztanowców przebija Małe Morze (tak miejscowi nazywają Zatokę Pucką), przed nami, prawie na wyciągniecie ręki stoi XIV wieczna, gotycka fara. Ceglana budowla góruje nad rybackimi domkami, portem i Zatoką. Jesteśmy w sercu nadmorskich Kaszub.
Wszystkie ławki na skwerku są zajęte. Wygrzewający się na słońcu chorzy nerwowo odganiają osy atakujące torby z jedzeniem, które przynieśli krewni.
Zrywam się, gdy podjeżdża granatowy bus.