- Rano jak zwykle zajrzałem do niej, żeby zrobić poranną toaletę i podać
śniadanie. Była tak słaba, że musiałem karmić ją łyżką. Doskonale pamiętam ten słoneczny poranek, hałasujące ptaki i spokój. Skończyłem, umościłem poduszkę i poszedłem odstawić miskę na korytarz. Gdy wróciłem, pani Maria już nie żyła.
Bartek miał wtedy 20 lat, dziś kończy wydział lekarski Akademii Medycznej w Gdańsku. Jest tak zajęty, że spotykamy się między wykładami lub po zajęciach - późnym wieczorem.
Gdy mam wyrzuty, że kradnę mu czas przeznaczony na odpoczynek, zapewnia mnie: nie ma problemu. Jedyne, co zdradza, że żyje w ciągłym pośpiechu, to stale podrygująca pod stołem noga.
Jesteśmy tylko numerkami na liście - Zaskoczyło mnie, że tak wygląda śmierć: samotne zgaśnięcie, bez słowa, bez krzyku, bez pożegnania. Inaczej jest, gdy walczy się o człowieka, ma się taką adrenalinę, że gdy pacjent umiera, najpierw pojawia się gorycz przegranej, a potem smutek. Działają silne emocje. Od tego pierwszego razu, który zdarzył się na praktykach pielęgniarskich, wielokrotnie widziałem odchodzących ludzi. Śmierć jednak nigdy mnie nie szokowała, może dlatego, że moi rodzice są lekarzami.
- To oni namówili pana na medycynę?
- Skądże, zniechęcali mnie na różne sposoby, ale gdy wracaliśmy z urlopu, to mama od razu biegła do szpitala, do pacjentów. Ma zawód, który jest jednocześnie jej wielką pasją. Czy może być coś fajniejszego? Ale teraz, gdy kończę
studia, wiem, że bycie porządnym lekarzem w Polsce to zdobycie Mount Everestu.
- Dlaczego? Układy w szpitalach, korupcja, kiepskie pensje?
- Na razie mogę mówić o studiach, które zamiast rozwijać, łamią nam karki.
- Tego, że kontakt ze śmiercią jest wpisany w wasz zawód, też was nie uczą.
- Akurat uczą. Mamy etykę, medycynę paliatywną, rodzinną. Duża część wykładowców ciągle nam uświadamia, że pacjenta nie zawsze się da uratować. Uczymy się, jak ważny jest kontakt z umierającym i jego bliskimi. Mamy treningi z komunikacji, a po medycynie rodzinnej wiemy już, że trzeba znać rodzinę pacjenta, rozmawiać o profilaktyce, mieć z nim normalną więź. Po postawieniu diagnozy chory powinien nam to powtórzyć własnymi słowami, wtedy wiadomo, że zrozumiał i będzie brał świadomy udział w leczeniu. Tyle że te zajęcia giną w natłoku innych. Przez rok mamy biochemię i do egzaminu musimy wykuć 1200 stron wzorów. Kto ma czas, ucząc się półtora miesiąca do egzaminu, żeby chodzić np. na genialne wykłady dr. Zbigniewa Bohdana dotyczące kontaktu lekarza z umierającym dzieckiem? Po roku oczywiście nikt już z biochemii nic nie pamięta. I takich bezsensownych teoretycznych przedmiotów jest mnóstwo. Śmiejemy się, że gdy nasi koledzy studiują, my chodzimy do szkoły. Zajęcia mamy od 8 do 19, 20. Jeśli ktoś ma siłę i chce się czegoś praktycznego nauczyć, to chodzi nocami do kliniki. Obłęd.
- Przecież nauka tego zawodu polega na kontakcie z mistrzem, od niego lekarz uczy się fachu.
- Może tak było przed wojną i tuż po.
- Mistrzów już nie ma?
- Są, ale nie rozróżniają nas. Z profesorami kontaktujemy się przez asystentów. Nie mają czasu. Wszyscy pracują na kilku etatach. Asystenci zresztą też. Od lat student medycyny nie ma imienia i nazwiska, jest tylko numerkiem na liście. Na roku jest 250 osób, to fabryka.
- Uczycie się fachu z książek?
- Jeśli po studiach trafisz pod skrzydła dobrego lekarza, to też nim zostaniesz. Jeśli nie, to dzięki samej akademii nie staniesz się na pewno wybitnym specjalistą. Szkoła nie uczy bycia otwartym, stawiania pytań, szukania odpowiedzi, rozmawiania. Mamy być posłuszni i ryć na pamięć.
- A jakim pan będzie lekarzem: cyniczną gwiazdą jeżdżącą wielkim volvo czy wybitnym specjalistą w starym fordzie?
- Tylko takie są wyjścia? Na razie mam jeden priorytet. Skończyć studia. Wiem na pewno, że chcę być dobrym lekarzem i mieć normalną rodzinę.
- To dość oczywiste.