Wiem, że muszę dojść na biegun, a z książki pana Kamińskiego dowiedziałam się, że chcę i że jest fajnie! To dla mnie wielkie szczęście, że w drodze na mój tylko jeden biegun, do którego muszę czy też chcę dojść, mam tak wielką podporę, taką prostą dobroć, mądrość i wytrzymałość. Postanowiłam pisać codziennie dzienniczek.
Sobota, 12 grudnia 1998 r Bardzo trudny dzień. W piątek telefon od doktora M., który opiekował się Alą. Teraz nie może opiekować się Krzysiem, bo przez tę zasraną reformę nie ma pozwolenia na wypisywanie różowych recept (narkotyki). Żeby pokręciło tego łobuza od zdrowia, źle mu życzę. Pan M. powiedział mi, że Krzyś musi mieć stałą opiekę onkologa. Dostałam numer telefonu do hospicjum. Był piątek, godzina dziesiąta wieczór, bardzo miły pan zapytał, czy potrzebna natychmiastowa pomoc. Powiedziałam, że nie. Prosił, żebym zatelefonowała w poniedziałek do ordynatora po dziewiątej rano. Doktor M. kazał dać Krzysiowi nospę. Hala cudem miała. Pomogło na bóle. Musiałam wytłumaczyć Krzychowi, że musi być pod stałą opieką onkologa - porównując tę rozmowę z przejściami Marka Kamińskiego, mogę powiedzieć: pękł mi całkiem but i wleciałam do zimnej wody, a było minus 50 stopni. Po prostu wspomniałam, że może być przerzut na wątrobę, jeszcze nie mówiłam, że jest. Muszę się tego nauczyć. Powoli.
Poniedziałek, 14 grudnia Telefonuję od sąsiadów do hospicjum. Przemiły ordynator podaje mi telefon do hospicjum domowego. Telefonuję tam, pani sekretarka bierze dane Krzycha i informuje, że najpierw musi przyjść od nich pielęgniarka i zdecydować, czy jest potrzebny lekarz. Na moje bardzo uprzejme zapytanie, kiedy mogę się spodziewać pielęgniarki, odpowiada, że ona nie siedzi jak inni, tylko pracuje i że przed przyjściem zadzwoni. Przychodzi Magdusia, idzie po książeczki - idiotyzm, ile na to poszło forsy. Kupuje gazety i robi drobne sprawunki. Ja siedzę przy telefonie. Kochana Hala Cetnarowicz idzie do apteki - jest okropnie ślisko - i przynosi środki przeciwbólowe dla Krzycha. Nie było telefonu. Muszę odwołać konsultację dziecka, bardzo mi przykro. Ja też, panie Marku, brnę z wysiłkiem, człap, człap - i prawie się słaniam na nogach.
Wtorek, 15 grudnia Noc bardzo dobra, nogi same wróciły do normy, dałam Krzysztofowi bardzo dużo pietruchy - smakowało i poskutkowało. Znowu rozmowa o rakach Krzycha, staram się mówić prawdę, ale więcej mówię o osiemnastu cudownych latach naszej walki i frajdach, jakie mieliśmy. Nie mówię, że jeszcze będziemy je mieli. Obiecuję, że na pewno nie będzie bolało. Zrozumiał; Marku, oboje wpadliśmy w głęboką, bardzo zimną wodę, ale teraz razem ciągniemy jedną pulkę, będzie mi łatwiej i staram się, żeby było fajnie. Ta książka to cud Boży - dziękuję.
Wymioty; Krzysztof bardzo marznie, podgrzewam pokój.
Środa, 16 grudnia W nocy Krzysztof zaczął kaszleć i dusić się. Bardzo się bał. Przysypiał i budził się z zimna, a w pokoju naprawdę jest upał. Ta noc była po prostu straszna, ale wszystko mu dokładnie powiedziałam, Krzyś dobrze (może to za duże słowo) przyjął prawdę. Boli go, a pielęgniarki jak nie ma, tak nie ma. (...)
Rano Hala kazała mi dzwonić do hospicjum, już mogę normalnie z domu, ale trzeba się było nagrać. Hala kazała telefonować jeszcze raz. Telefon odebrała przemiła pani, autentycznie się zdziwiła, że nie było jeszcze pielęgniarki, i podała mi swój numer komórki. Nazywa się Irena Piórkowska, mam do niej telefonować, jeśli do szesnastej pielęgniarka nie przyjdzie. Bogu dzięki. No, dalej idziemy razem i każdy ciągnie, jak może. Przyszła Magdusia, zrobiła ciężkie sprawunki: woda, mleko, tego typu rzeczy. Dobrze, że mam twoją książkę, Marku (w myślach przeszłam na "Ty"). Krzysiowi puchną nogi i ręce. Telefonowałam do pani Piórkowskiej - nagrałam się, prosząc o lekarza, pielęgniarki nie ma do tej pory. Aby było weselej, nasi bardzo mili sąsiedzi z góry robią generalny remont
mieszkania: wiertarki, kucie - jestem pewna, że zwariuję. Kupiłam Krzysiowi zatyczki do uszu, już nie wiem, do którego miejsca w książce Marka mam szukać porównania. Boję się bardzo, że usnę na stojąco i coś przeoczę. Ale tak naprawdę to jest fajnie, bo Krzysztof miał po raz pierwszy od miesiąca normalną kupę.
O dziewiętnastej telefonuje pani Piórkowska - kochana, rozmawiała z lekarzem i pielęgniarką - jutro będą. Pielęgniarka bardzo się zaziębiła, przeprasza najmocniej, ale nie chciała zarazić Krzysia. Jutro też będą narkotyki - ja mogę robić zastrzyki, jest cudownie, fajnie, nareszcie coś się dzieje, idę się wykąpać i będę spać. Krzych bardzo się cieszy, nawet na moje zastrzyki. Nareszcie cieplejszy dzień i wszystkie okropne odmrożenia posmarowane. Fajnie jest.
Czwartek, 17 grudnia Noc w kratkę, ale śpiwory suche i prawie ciepłe. Jesteśmy gotowi, łóżka posłane, wywietrzone, już po śniadaniu. Jeszcze bym trochę pokimała. Umyci i ubrani - prawie. Czekamy na piękną pogodę. Twoją książkę, Marku, czytam od nowa, jest mi coraz lepiej, tylko nie umiem obliczyć odległości do naszego bieguna, ale tego nikt nie umie. Wyszłam do kiosku - tylko przez jezdnię - po gazety, no i wtedy przyszła pielęgniarka, domofon był otwarty, drzwi też. Przemiła, mądra, ładna, ciepła. Pogadała - Krzyś był zachwycony. Narkotyki przyniesie dziś, zastrzyki będę robić sama, ale pielęgniarka też. Zdumiona hartem Krzysztofa, mnie też pochwaliła - a może to przyszedł anioł? Czekamy na lekarza, ma przyjść dzisiaj. Nigdzie nie wychodzę. Po wizycie lekarza pojadę szybko do banku, bo mam w domu słownie dziesięć złotych, a wpłynęły już nasze emerytury.
Magdusia telefonowała - przyjdzie jutro. Nie wiem, Marku, "skąd wytrzasnąć siły na następne dni, ale trzeba wierzyć i iść" - jak piszesz, i bardzo chciałabym się wyspać. To proste, jak piszesz, ale tu, gdzie jestem, niemożliwe.
Niedziela, 20 grudnia Trochę późno, ale jesteśmy zadowoleni. Krzyś przestraszył się, że mało sika, wypił, zresztą za moją głupią namową, dużo płynu i rzyga.
Pytam, czy zrobić zastrzyk - nie chce.
Znowu zimno i ciężko. Nie podaję mu stałych leków i jest trochę lepiej: zjadł odrobinę kaszki, pół banana, tarte jabłko i dwie małe chochelki zupy - to na cały dzień. Robi się odleżyna. Jestem okropnie zmęczona, mogłabym spać w dzień, w nocy nie mogę. Sądzę, że wpadłam w głęboką szczelinę i zupełnie nie mam siły wyleźć - Marku, dopiero teraz wiem, jaki jesteś dzielny. Te dziesięć dni, kiedy czekałam na lekarza, zmęczyły mnie strasznie. (...)
Rozmawiamy z Krzychem dużo o raku.