http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Krakowiak. Umierać po ludzku

O akcji "Umierać po ludzku" rozmawiają ks. Piotr Krakowiak i Piotr Pacewicz
2008-03-17, ostatnia aktualizacja 2008-03-20 18:59

Koniec nie różni się bardzo od początku. I tu, i tu człowiek jest obnażony, bezbronny. Wymaga wsparcia, bo się boi

ks. Piotr Krakowiak i Piotr Pacewicz
Fot. Filip Klimaszewski / AG
ks. Piotr Krakowiak i Piotr Pacewicz
ZOBACZ TAKŻE

Zapraszamy do pisania i czytania listów. Stworzyliśmy też specjalną e-księgę, w której chcemy zbierać to, czego nie zdążyliście powiedzieć swoim bliskim.
Ks. Piotr Krakowiak, krajowy duszpasterz hospicjów: Chcę mówić, co hospicja w Polsce robią od 25 lat, a co stało się moim powołaniem od lat 15. Ale dlaczego "Gazeta"?

Piotr Pacewicz: Kiedy w latach 90. przychodziły na świat nasze dzieci, zrobiliśmy "Rodzić po ludzku", bo chcieliśmy, by ich spotkanie z tym światem było jak najszczęśliwsze. Przeciwstawiliśmy się poniżaniu kobiet, uprzedmiotowianiu noworodków i spychaniu ojców na boczny tor.

Teraz, gdy nieubłagany upływ czasu sprawia, że nasi bliscy zaczynają powoli zbierać się do drogi, chcielibyśmy zapytać samych siebie i miliony czytelników, jak sobie poradzić z ich umieraniem, a potem z naszym własnym, które też już widać na horyzoncie? Jak im pomóc, okazując szacunek i miłość, nie uciekając od wyroku, który wisi nad wszystkimi? Jak zmienić służbę zdrowia, by nam w tym pomagała, a nie przeszkadzała?

P.K.: Te dwie sytuacje graniczne są paradoksalnie podobne. Coś się kończy, coś nowego zaczyna. W naszej kampanii "Hospicjum to też życie" mówiliśmy, że koniec nie różni się tak od początku. I tu, i tu człowiek jest obnażony, bezbronny. Wymaga wsparcia i czyjejś obecności, bo się boi.

Opowiadano mi o pani z rozrusznikiem serca, która umierała. Jej główną troską było, czy po śmierci rozrusznik nie będzie aby dalej tykał w trumnie. Lekarze jej tego nie wyjaśnili, dobrze, że uspokoiła ją wolontariuszka. Często lekarze traktują człowieka jak samochód do naprawy. Nie informują, nie mówią prawdy, czasem niczego nie mówią. I będą cię reperować bez opamiętania, nie zapytawszy, czy chcesz się dalej męczyć.

P.P.: Pamiętam parę bliskich mi ludzi, którzy po 50. zakochali się w sobie i związali, zrywając poprzednie związki. Byli tacy radośni, wciąż ze sobą rozmawiali, dyskutowali. Nie minęło kilka lat i on zaczął umierać na raka. Skończyło się porozumienie, ona traktowała go jak dziecko, zmieniając pampersa, mówiła "teraz mój dzidziuś zrobi sobie siuśku". Oszukiwała, że to wszystko jakieś zaburzenia trawienia. Gdy się martwił, że tak ostatnio (po chemii) wyłysiał, gwałtownie zaprzeczała. On też grał tę komedię, tylko kiedyś szepnął do mnie: "Już nie mogę z tą Hanią". Pokazał, gdzie jest testament.

P.K.: Oboje dodawali sobie cierpienia, zamiast się wspierać. Grali w teatrze, który oddalał ich od trudnej prawdy. Sztuce komunikacji poświęciliśmy inną kampanię - "Zdążyć z prawdą"...

P.P.: ...z prawdą o umieraniu...

P.K.: ...która jest jak lekarstwo. Można nią uzdrawiać, gdy właściwie się ją dawkuje, ale można dotknąć, a nawet zabić nadzieję, gdy uderzy się nią zbyt mocno. Gdy ludzie wiedzą, co ich czeka, mogą się na śmierć przygotować. Powiedzieć sobie najważniejsze rzeczy, pojednać się ze sobą i z Bogiem, a przede wszystkim cieszyć się życiem do końca. Kłamstwo oddala, zamraża relacje. Często przed wejściem do domu chorego słyszymy - tylko nie mówcie, że jesteście z hospicjum.

P.P.: No właśnie, czy mamy prawo narzucać ludziom rozmowę o śmierci?

P.K.: Dla nas takie zastrzeżenia to raczej sygnał, że ta rozmowa jest potrzebna zarówno bliskim, jak i choremu. On zresztą najczęściej na to właśnie czeka. Gorzej jest w szpitalach, gdzie rzadko mówią o bliskiej śmierci.

P.P.: Szpital w ogóle zaprzecza śmierci, dla lekarza śmierć to porażka, bo on jest od ratowania życia.

P.K.: Tak, ale często za cenę zbyt wysoką dla cierpiącego człowieka. Pamiętam młodego lekarza, który katował umierającego starca, podłączając go do respiratora, intubując, jakby chciał na siłę utrzymać w nim duszę. Zatrzymał go dopiero stanowczy głos doświadczonej lekarki. Wolontariusze ze szkół medycznych w hospicjach uczą się czuwania, które przy agonii jest tak ważne jak sprawne działanie w akcji ratunkowej. Cierpliwość, by chorego wysłuchać, pobyć z nim, a nawet pomilczeć, bywa najtrudniejszą próbą dla nas, którzy wszyscy jesteśmy ludźmi czynu.

P.P.: To milczenie z umierającym, o którym filozofowie mówią, że jest słowem samego słowa, jest szczególnie ważne dla ateisty. Bo ja, proszę księdza, nie wierzę w Boga.

P.K.: I w to, że po drugiej stronie musi coś być? Że to się nie może tak po prostu skończyć? W świętych obcowanie?

P.P.: Nie, jakoś się do mnie nie zwracają moi bliscy, których już nie ma, nie bezpośrednio w każdym razie. Ale ksiądz, walcząc o godne umieranie, też nie mówi za dużo o Bogu.

P.K.: Mam nadzieję, że mówię o Panu Bogu tym, co robię. A do wolontariatu zachęcam słowami Jezusa: "cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, mnie uczyniliście". Nawet, gdy słyszę "nie wierzę", pamiętam, że każdy człowiek ma swoją duchowość. Różne są jej formy, ale zawsze pojawia się pytanie: co tam jest? Nawet, gdy ktoś wątpi, że coś jest, myśli o tym i pyta.

P.P.: Osobie religijnej jest łatwiej umierać?

P.K.: Wiara nie jest przepustką do łatwej śmierci. Ale jest dodatkowym źródłem nadziei, siły i pomocą dla umierającego i jego bliskich. Czasami obserwujemy zdumiewające dojrzewanie wiary w chorobie, w cierpieniu.

  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy