Zobacz koniecznie
pisany na blogu dziennik komandosa z 1968 roku oraz
niepublikowane zdjęcia i relacje uczestników Marca. To był chyba już marzec 1969 r. Jednego dnia wszystkich niemal skazanych za "wydarzenia marcowe 1968" wywożono z aresztu na Rakowieckiej do więzień karnych. Udało mi się, jechałem w suce z Jackiem Kuroniem, on do Wronek, ja dalej do Potulic. Nie widzieliśmy się równo rok, za nami było śledztwo, proces, wyroki. Pamiętam, jak dziś jedno z pierwszych zdań, jakie padły, już nawet nie wiem, czy bohatera filmu "Grek Zorba", pierwszy zacytował Jacek czy ja: "Jaka piękna katastrofa".
Nie chodziło o to, że była piękna, ale że niespodziewanie duża.
Nikomu z nas, kilkunastu osób, które podejmowały decyzję o wiecu 8 marca na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, ani z szerszego środowiska uczestniczącego w wydarzeniach, które do wiecu doprowadziły, nie przyszło nawet do głowy, że wydarzenia mogą nabrać takiej skali. Nikt nie spodziewał się tak brutalnej pacyfikacji wiecu ani tym bardziej protestów studenckich we wszystkich ośrodkach akademickich. Zmasowana antysemicka kampania i emigracja tysięcy ludzi - to było w ogóle nie do pomyślenia.
W historii Polski wiele razy młodzi ludzie chcieli podpalić kraj, w 1968 roku w wielu krajach młodzież chciała podpalić świat, ale my? My o tym nawet nie myśleliśmy. Nie czuliśmy się jak podchorążowie w listopadową noc. Nie chcieliśmy tego wiecu, wiedzieliśmy, że to jest nasz ostatni akt protestu, nic więcej zrobić nie możemy. Wiedzieliśmy też, że wiec to przekroczenie niepisanego tabu - tego nam już nie darują. Tylko że nie mieliśmy innego wyjścia. Dwóch z nas - Adama Michnika i Henryka Szlajfera - relegowano z Uniwersytetu, nie mogliśmy ich przecież oddać bez walki.
Czy wierzyliśmy, że władza się cofnie? Chyba nie. Nie przypominam sobie żadnych rozważań, co dalej, jak się mogą potoczyć wypadki. Spieraliśmy się, czy na wiec przyjdzie sto osób, czy pięćset. Ale co będzie po wiecu? Nie pamiętam. Nawet Jacek Kuroń, który zawsze gotowy był ci wytłumaczyć, że rewolucja jest tuż-tuż, i wiedział, kiedy i jaki oddział klasy robotniczej się zbuntuje - nawet on nie wiedział, co dalej, i nie wieszczył rewolty całej młodzieży akademickiej. Był tylko pewien, że wsadzą jego i Karola Modzelewskiego (obaj byli na zwolnieniu warunkowym).
Bardzo to było młodzieńcze, niezbyt mądre i odpowiadało wszystkim polskim powstańczym stereotypom: larum grają, to się idzie w bój. A pisali potem w prasie, że to sami Żydzi.
*** Komandosi, grupka młodzieży na Uniwersytecie Warszawskim, nazwana tak przez pierwszego sekretarza komitetu uczelnianego PZPR Andrzeja Jezierskiego, bo robili - jak mówił - desanty na różne publiczne spotkania i debaty. Zadawali trudne pytania, pyskowali o Katyniu, pakcie Ribbentrop-Mołotow, procesach moskiewskich. Próbowano komandosom robić dyscyplinarki i wyrzucić z uczelni, ale broniła ich liberalna profesura. No i skończyło się protestem po zdjęciu "Dziadów" i wiecem na UW.
To komandosi byli głównymi bohaterami marcowej prasy, kwintesencją zła, emisariuszami światowego syjonizmu, wrogami Polski i socjalizmu.
Według klasyków marcowej publicystyki Ryszarda Gontarza, Marii Osiadacz czy Aliny Reutt, komandos był dzieckiem komunistycznego dygnitarza, chodził do ekskluzywnej śródmiejskiej szkoły i mieszkał w okolicy ulicy Koszykowej i alei Przyjaciół. "W dzieciństwie oglądali świat przez szyby służbowych samochodów swoich ojców" - pisał Gontarz.
Komandos był też Żydem. Najlepszym dowodem oczywiście było kilka ewidentnie żydowskich nazwisk, takich jak moje czy Józka Dajczgewanda, ale wystarczyło niewyraźne imię babci, Róża na przykład.
Komandos gardził patriotyczną tradycją. Więc też jego zaangażowanie w obronie „Dziadów” było cyniczną manipulacją.
I wreszcie, swoją obcość polskiemu narodowi komandos udowodnił ostatecznie, uciekając, kiedy już narozrabiał, czyli emigrując.
Ten stereotyp komandosa pracowicie ilustrowała prasa marcowa i polityczni przywódcy w przemówieniach. Przywoływano nazwiska dzieci byłych czy aktualnych partyjnych dygnitarzy, które z nami nic nie miały wspólnego lub nawet nie bardzo były dygnitarskie, ale za to żydowskie. Opisywano nasz rozpustny tryb życia, na przykład że Ewa Zarzycka na socjologicznym zjeździe "gasiła papierosy w dżemie". Z opowieści o bananowej młodzieży (banan symbol luksusu w PRL) najciekawszy był reportaż o Teresie Boguckiej (przyzwoita katolicka rodzina) i Wiktorze Góreckim (u niego z pochodzeniem rasowym jest gorzej), jak poszli na wędrówkę w Bieszczady z osiołkiem (nie pamiętam już, jak go zdobyli). Tym wesołym historyjkom towarzyszyły obelgi, inwektywy, oskarżenia.
Ze stereotypem trudno polemizować, bo zawsze jest w nim źdźbło prawdy. Tak, to była elitarna młodzież, w większości dzieci warszawskiej inteligencji. Pytania typu "czy rządząca w krajach socjalistycznych nomenklatura jest już klasą społeczną, czy tylko warstwą" interesują tylko elitarną młodzież. Chyba zawsze i wszędzie tak było.
Były też śródmiejskie licea i dobre adresy, chociaż w trakcie kolejnych politycznych awantur na UW środowisko komandosów bardzo się rozszerzało, na przykład o grupę z akademika na Kickiego pod wodzą Józka Dajczgewanda.
Czy dużo było Żydów? W czasach, kiedy poważni ludzie liczą Żydów w powojennej bezpiece, nie unikniemy odpowiedzi na to fundamentalne pytanie. Było dużo. Może nie tak dużo, jak wtedy pisano, ale byli. Jeden, Józek Dajczgewand, nawet znał jidysz, bo chodził w Łodzi do żydowskiej szkoły. Nie będę liczył, bo nie chcę i nie wiem nawet jak. Wielu z nas nie bardzo się z tym żydostwem utożsamiało. Tu każdy przypadek jest inny i tylko kryteria rasowe są jasne i proste.
Nie warto też przekonywać nikogo, że byliśmy polskimi patriotami. Nasz patriotyzm był na pewno lepszej próby niż tych, którzy o jego brak nas oskarżali.
Natomiast prawdą jest, że byliśmy lewicowi. Niektórzy z przedwojennych komunistycznych domów, inni, bo byli wychowankami Jacka Kuronia z czerwonego harcerstwa, a większość dlatego, że to był jedyny język rozmowy o społeczeństwie, jaki znaliśmy. Nasze uniwersytety były marksistowskie i nasi mistrzowie uważali się za marksistów. Taki był czas i takie były
lektury. Marcowe pałki i wyroki przyspieszyły naszą ucieczkę od marksizmu, z lewicowości niektórzy nie wyleczyli się nigdy. W dodatku symbolikę narodową i towarzyszący jej język zawłaszczyli wtedy moczarowcy, więc myśmy się do takich symboli odwoływali ostrożnie. Na tym zresztą poległa frajda walki o "Dziady", że mogliśmy przeciwko moczarowcom wyciągnąć narodowy sztandar.