Jeśli telewizyjna debata kandydatów na prezydenta ma mieć przełomowe znaczenie dla kampanii, to trzeba się zastanowić nad jej modyfikacją i ustalić reguły, zanim wszystkich złapie kampanijna gorączka. Tylko w takiej sytuacji sztaby kandydatów, odpowiedzialne za kandydatów, a nie za telewizyjne widowisko, nie będą się wtrącać i narzucać swoich pomysłów
W debacie przecież nie chodzi o to, aby z zegarmistrzowską dokładnością odliczać czasy obydwu kandydatom, ale o to by kandydaci mieli coś sensownego do powiedzenia. I żeby mieli okazję się ze sobą zmierzyć, a nie tylko z upływającym czasem. Przecież widać było, że i Bronisław Komorowski, i
Jarosław Kaczyński mieli ochotę sobie pogadać, ale sztaby nie chciały, by zadawali sobie pytania. Trudno zrozumieć, dlaczego pytania samych kandydatów miałyby być gorsze niż pytania dziennikarzy? To po pierwsze.
I po drugie - w sprawie pytań Joanny Lichockiej. Jeśli Jarosław Gugała uznał, że pytanie Lichockiej jest skandalem i chciał wyjść ze studia, to mógł to zrobić od razu, a nie opowiadać o tym, co chciał zrobić po czterech dniach. Bo albo ma się refleks, albo nie. Albo się jest oburzonym natychmiast, albo po przeczytaniu kilku gazet.
Nie jest prawdą, co powiedział "Gazecie", że Lichocka chciała poznać nasze pytania przed debatą. Może jego tak, moich - nie. Co sugeruje Gugała? Że chciała je przekazać sztabowcom Kaczyńskiego.
Owszem, ze strony
TVP padła wcześniej propozycja, aby dziennikarze uzgodnili pytania i je sobie przekazali. Nie miałam wątpliwości, czemu to może służyć. Oczywiście na taką propozycję można było odpowiedzieć tylko odmownie.
Ale już sama rozmowa między dziennikarzami na temat ewentualnych pytań (zorientowaliśmy się na parę minut przed wejściem na antenę, że nikt z nas nie będzie pytał o reformę służby zdrowia, a przez cały dzień sztaby powtarzały, że kandydaci chcą o tym rozmawiać) nie wydaje mi się czymś potwornym. Ot, był to raczej zwyczajny small talk, w którym nikt nikomu niczego nie zdradził. Wynikający trochę ze zdenerwowania i z braku wzajemnego zaufania w środowisku dziennikarskim, a także pewnie po trosze ze zwykłej próżności. Opowieść Gugały o szyfrowaniu własnych pytań na kartce zakrawa na paranoję. Naprawdę nikt na nie nie czyhał, jak na tajne dokumenty w dyplomacji.
Uważam, że największym błędem Lichockiej było to, że nie modyfikowała swoich pytań. Owszem, jej pierwsze pytanie o słabość państwa z przykładami sprawy Olewnika i powodzi było dramatycznie za długie i absolutnie antyrządowe i antyplatformerskie. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby pytając Jarosława Kaczyńskiego, zapytała go o słabość państwa w czasach, gdy on był premierem. A jako przykład mogła podać śmierć Barbary Blidy. Wtedy nikt by jej nie zarzucił, że podała Kaczyńskiemu na tacy argumenty do ataku na rząd, państwo i konkurenta.
Lichocka stała się ofiarą formuły debaty, która nakazywała zadawanie takich samych pytań obydwu kandydatom. Czasem się da, a czasem nie. Przyznaję uczciwie i bez skruchy: do tej formuły się nie dostosowałam.
Trudno było pytać Komorowskiego i Kaczyńskiego w taki sam sposób o relacje z rządem Tuska, choćby w polityce zagranicznej. Trzeba podać konkretne przykłady, odwołując się do wcześniejszej aktywności politycznej obydwu panów i głoszonych przez nich koncepcji.
Mimo wszystko nie chcę uwierzyć, że Lichocka uzgodniła pytania ze sztabem. Tak to nieszczęśliwie wyglądało, gdy Kaczyński zaczął cytować coś z kartki. Ale mógł to być przypadek. Kaczyński do debaty był doskonale przygotowany. Sprytnie omijał niewygodne dla pytania i mówił to, co chciał powiedzieć. Pytania o powódź mógł się spodziewać podobnie jak wielu innych.
Mam nadzieję, Joasiu, że się nie mylę.