http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Prezydent, osoba nr 2

Katarzyna Kolenda-Zaleska
2010-03-23, ostatnia aktualizacja 2010-03-24 02:32

Trudno się dziwić, że opozycja zgrzyta ze złości zębami. PO, urządzając prawybory, opanowała wszystkie serwisy informacyjne, fora internetowe i czołówki gazet. Opozycja sprowadzona została do roli obserwatora, a każda krytyka z jej strony spotykała się z ripostą PO - to po prostu zazdrość

Katarzyna Kolenda-Zaleska
fot. AG
Katarzyna Kolenda-Zaleska
Z dnia na dzień, widząc, jak wielkie jest zainteresowanie wyborem kandydata na prezydenta i wobec braku innych wydarzeń politycznych, Platforma działała z coraz większym rozmachem, a kandydaci zachowywali się, jakby walczyli już o miejsce w pałacu, a nie o partyjną nominację.

Gdyby jednak odrzeć pomysł prawyborów z jego medialnej otoczki, zostałoby pytanie co dalej. W prawyborach amerykańskich kandydat na prezydenta wybrany w czasie konwencji automatycznie staje się liderem swojego ugrupowania. U nas takie rozwiązanie w ogóle nie wchodziło w grę, bo wszyscy, łącznie z kandydatami, mają świadomość, że lider jest tylko jeden. I żadne prawybory i wybory, ba, nawet zwycięstwo i objęcie prezydentury nie zmienią tego stanu rzeczy.

Co więcej, obaj kandydaci już na starcie z pokorą zgodzili się samoograniczyć własną ewentualnie zdobytą władzę. Bo taka jest wola faktycznego lidera. Tak więc prezydent, który ma być pierwszą osobą w państwie, faktycznie z góry ustawia się w pozycji osoby numer dwa. Przynajmniej na razie, przynajmniej do czasu, gdy Donald Tusk nie powie sobie dość i nie namaści następcy.

Obaj kandydaci - Bronisław Komorowski i Radosław Sikorski - z kurtuazją zakończyli niedzielną debatę, zapewniając, że po ogłoszeniu wyników prawyborów nic w partii się nie zmieni. Zwyciężony będzie wspierał zwycięzcę. Kampania wyborcza zresztą zmusza do partyjnej jedności i grania w jednej drużynie.

Nikt w konfrontacji z kandydatem PiS-u lub lewicy nie zacznie sporów na własnym podwórku. Zwłaszcza że nie spodobałoby się to na pewno liderowi, bo choć dla Tuska wybór prezydenta nie jest prestiżowy, to jest priorytetowy. Tusk chciałby w końcu porządzić w bardziej sprzyjających politycznie warunkach, nie oglądając się na weta i spory z głową państwa.

Opozycja też wymusi na Platformie wewnętrzną dyscyplinę i jednomyślność, bo opozycja, która na starcie straciła szanse na udział w debacie o kształcie przyszłej prezydentury - prawybory ograniczyły się do jednej partii - szykuje się już do ataku na kandydata PO. Kimkolwiek by on był.

Prawybory tak naprawdę uruchomiły walkę o sukcesję po Tusku. Może się to zdarzyć za trzy lata albo za pięć lat. Widać to zwłaszcza po sposobie, z jakim Radosław Sikorski walczy o partyjną nominację. Walczy nie tylko o dziś, ale przede wszystkim o to, co zdarzy się jutro - o wpływy w partii i budowanie własnego politycznego zaplecza.

Bronisław Komorowski ma własne polityczne środowisko od zawsze, Sikorski - także z racji biografii i wcześniejszych wyborów (związek z zapomnianym ROP-em Jana Olszewskiego czy z PiS-em) - musi wykuwać sobie z mozołem partyjnych zwolenników.

Ile lat może być jeszcze ministrem? Ile lat jeszcze będzie musiał czekać w poczekalni, gdy w gabinecie Tusk, Schetyna i Nowak będą podejmowali kluczowe decyzje? Nawet jeśli dziś Sikorski nie uzyska partyjnej nominacji, to zbuduje polityczne zaplecze. Im większe, tym bardziej stanie się wpływowy w partii. A za parę lat być może powie tak jak dzisiejszy premier: nie chcę żyrandoli, chcę władzy. Ale żeby tak postawić sprawę, musi mieć za sobą partyjne dywizje.

Katarzyna Kolenda-Zaleska (Fakty TVN)

  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    24 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':