Zgodnie z przedstawionym przez liderów PO projektem zmian w konstytucji prezydent ma nie tylko dysponować słabszym niż dotychczas wetem (bezwzględna większość potrzebna do jego odrzucenia zamiast trzech piątych), ale też ostatecznie pozbawiony zostaje samodzielności w prowadzeniu polityki zagranicznej. Musi nie tylko podporządkować się woli rządu, ale i Sejmu w przypadku ratyfikacji umów międzynarodowych. Nie oznacza to naturalnie, że rola prezydenta zostanie sprowadzona do roli statysty w pałacowych komnatach wśród dekoracyjnych żyrandoli. Ale też jego wpływ na kreowanie polityki zagranicznej pozostanie znikomy.
Filozofia rządzenia przedstawiona przez Platformę sprowadza się do przekonania, że to do Rady Ministrów i premiera wyposażonego w kanclerskie uprawnienia należy pełnia władzy w Polsce. Prezydent może pełnić funkcję arbitra w ewentualnych politycznych sporach czy kryzysach. Może reprezentować kraj na zewnątrz, ale zawsze w zgodzie z tym, co zaleci mu rząd.
Po co w takim razie prezydent polityk z krwi i kości, z temperamentem i przede wszystkim z ambicjami? Taki człowiek długo nie wytrzyma w gorsecie nowych przepisów krępujących jego zrozumiałą polityczną aktywność. Bo polityka to przede wszystkim działanie, ale prezydentura według PO to raczej stanie na straży. Mówiąc krótko - to raczej polityczna emerytura czy może bardziej elegancko - ukoronowanie politycznej kariery.
Polityk w Pałacu Prezydenckim nigdy nie wytrzyma narzuconej bezczynności. Szczególnie trudno uwierzyć, aby
Radosław Sikorski, młody i energiczny człowiek, nagle zechciał spocząć na laurach i odcinać kupony, brylując na światowych salonach. Już prędzej w taką prezydenturę wpisałby się marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, który po latach aktywnego politykowania może chciałby schować się w cieniu pałacu.
Pewnie w tej kadencji Sejmu nie uda się zmienić konstytucji, ale jeśli PO myśli o tym naprawdę - a chyba myśli, skoro
Donald Tusk rezygnuje z kandydowania - to nie powinna stawiać na kandydata polityka. Kłopot jest tylko jeden. Wybory prezydenckie. U nas to największe polityczne święto, niemal porównywalne do wyborów prezydenta Stanów Zjednoczonych, którego jednak kompetencje są zbieżne z kompetencjami szefa rządu. Tam zrozumiałe są emocje, bo Amerykanie wybierają tego, kto naprawdę rządzi. A Polacy wybierają kogoś, kto rządzić nie może, ale bardzo chce.
Politycy nadali wyborom prezydenckim niewspółmiernie dużą rangę, a my, wyborcy, przyzwyczailiśmy się do tego. A tymczasem wybieramy kogoś, kto tak naprawdę może niewiele, a jeśli zmiana konstytucji stanie się faktem, będzie mógł jeszcze mniej.
Z jednej strony PO powinna pokazać, że jej intencje zmiany roli prezydentury są szczere, i poszukać osoby, która z godnością pełniłaby urząd o okrojonych, ale wciąż ważnych kompetencjach. Z drugiej strony wybory prezydenckie to dziś największy polityczny pojedynek. Ani PO, ani
PiS nie mogą sobie pozwolić na prestiżową porażkę.
Może więc jeszcze te wybory odbędą się wedle starego schematu, w którym główną rolę będą grały upiory z przeszłości z dziadkiem z Wehrmachtu na czele czy hakami. Ale już w kolejnych może warto poszukać osób spoza polityki. Gdzieś w spekulacjach pojawiło się nazwisko Leszka Balcerowicza. Kto wie, czy nie byłby to najlepszy wybór na nowe czasy przy nowej konstytucji.