http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nie mamy rynku

Katarzyna Kolenda-Zaleska
2010-02-02, ostatnia aktualizacja 2010-02-03 02:26

20 lat po odzyskaniu niepodległości osiągnęliśmy już nasze strategiczne cele. Jesteśmy w Unii, w NATO, w miarę okrzepła nasza gospodarka, budujemy drogi, mosty, metro. Już czas zająć się pięknem wokół nas, bo nie wszystko trzeba od razu przeliczać na zyski

Katarzyna Kolenda-Zaleska
fot. AG
Katarzyna Kolenda-Zaleska
Choć dalej mam wątpliwości co do skuteczności wprowadzenia parytetów dla kobiet i mężczyzn na listach wyborczych, doceniam determinację Pań, które zaangażowały się w projekt, zebrały - z trudem! - podpisy i przekonują coraz większe grono polityków do przetestowania tego rozwiązania. To przykład jak organizuje się oddolnie ruch obywatelski, jaką niesie ze sobą siłę. Widać, że jak się w coś naprawdę wierzy, to można wszystko. Nawet zmusić polityków do zajęcia się sprawą.

Teraz czas na architektów, żeby w końcu zmusili gospodarzy naszych miast do zajęcia się przestrzenią publiczną, w której mieszkamy. Nasze miasta ogarnia chaos, nikt nie panuje nad planem przestrzennym, rządzą deweloperzy, a władze miejskie nie zwracają uwagi na potworki, które wyrastają wokół nas, wdzięczne, że mieszkańcy mają gdzie mieszkać, a podatki od nieruchomości zasilają gminną kasę.

Od lat nikt nie jest w stanie poradzić sobie z zalewem tandetnych reklam. Aż trudno uwierzyć, że władze samorządowe nie są w stanie wyegzekwować zakazu wieszania szyldów gdzie popadnie, tworząc na ulicach kakofonię barw i stylów. Miasta, zamiast pięknieć, brzydną.

W Krakowie ul. Karmelicka prowadząca z alei Trzech Wieszczów do Rynku mogłaby być jedną z reprezentacyjnych ulic. Taką Gran Via jak w Madrycie czy Passeig de Gracia w Barcelonie. Budynki są piękne, stare, ale tak obwieszone reklamami, że tego piękna nie widać. Kompletna samowolka przy cichym przyzwoleniu władz. Bo skoro nie reagują, to przyzwalają, prawda?

Ul. Chmielna w Warszawie mogłaby stać się atrakcyjnym pasażem, bo tam w przeciwieństwie do reprezentacyjnego Nowego Światu nie jeżdżą samochody. A tymczasem jedna z najbardziej prestiżowych lokalizacji na mapie stolicy umiera.

Na obrzeżach miast powstają nowe osiedla. I nawet te budynki są ładne i nowoczesne. Tyle że tak jak w miasteczku Wilanów każdy jest w innym stylu. Stawiane bez ładu i składu, według widzimisię dewelopera, a bez żadnego wsparcia ze strony organizatora przestrzeni. Budynek za budynkiem przedzielony kilkoma ulicami, mieszkańcy zaglądają sobie w okna. Nikt nie pomyślał, że w takim miejscu powinien powstać rynek, czyli miejsce wspólne, integrujące nieznających się nawzajem mieszkańców. Rynek gdzie toczyłoby się życie, gdzie byłyby sklepiki, kawiarenki, małe bary. Gdzie w zimie mogłaby stanąć choinka, a w lecie fontanna z ławkami wokół i karuzelą dla dzieci. Co charakterystyczne deweloperzy doskonale zdają sobie sprawę, co to znaczy organizować przestrzeń publiczną. Bo organizują ją dla swoich klientów, licząc na zyski. W sąsiedztwie punktów sprzedaży mieszkań są ogrodzone place zabaw, ławeczki, przystrzyżona trawa. Na osiedlu już nic.

W Los Angeles jednym z najmodniejszych centrów handlowych jest The Grove, które zbudowano obok słynnego i starego Farmers Market. Myliłby się ktoś, kto by sądził, że powstał kolejny bezduszny mall z mnóstwem sklepów, zamknięty pod dachem. The Grove to przede wszystkim przestrzeń. Zbudowano go na planie prostokąta, do sklepów - które tu wydają się dodatkiem do miejsca nie celem - wchodzi się wprost z chodnika, a wewnętrzny dziedziniec to po prostu ogród z kilkunastoma fontannami, mostkami, obsiany kwiatami i palmami (no cóż to Kalifornia). Są stylizowane na stare lodziarnie, małe kawiarenki, miejsce, gdzie występują zespoły muzyczne. Obok w Farmers Market można kupić sery, mięsa, domowy chleb i zjeść szybki lunch. Przeszłość zmiksowana z nowoczesnością tworzy agorę, miejsce spotkań. Jasne, są i sklepy z ciuchami (wcale nie najdroższe, ale zupełnie zwyczajne), są księgarnie, sklepy muzyczne, sklepy z zabawkami. Jest i kino, i letni teatrzyk. Ale najważniejsza jest przestrzeń wewnątrz. Miejsce spotkania, a nie wyłącznie miejsce oszalałych zakupów.

20 lat po odzyskaniu niepodległości osiągnęliśmy już nasze strategiczne cele. Jesteśmy w Unii, w NATO, w miarę okrzepła nasza gospodarka, budujemy drogi, mosty, metro. Już czas zająć się pięknem wokół nas, bo nie wszystko trzeba od razu przeliczać na zyski. Być może konieczne będą nowe ustawy, których uchwalenie pewnie łatwe nie będzie. Ale chyba już czas zacząć coś z tym robić.

Katarzyna Kolenda-Zaleska (Fakty TVN)

  • 9 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    38 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':