Bardziej przezorni rodzice zapisują dzieci wiele lat wcześniej, albo nawet gdy mama jest w ciąży. Przezorności nigdy dosyć, gdy w przedszkolach jest za mało miejsc. Nie tylko zresztą w tych prowadzonych przez samorządy, ale nawet w tych niepublicznych.
Założenie żłobka w Polsce to przedsięwzięcie równie trudne jak budowa elektrowni atomowej. Przepisy są stare i nieżyciowe. Państwu wcale się nie opłaca inwestować w żłobki, bo to przecież przedsiębiorstwa niedochodowe. I oczywiście na żłobki i przedszkola pieniędzy nie ma, co pokazuje krótkowzroczność państwa, które rzekomo ma zachęcać do aktywizacji zawodowej obywateli, inwestowania w siebie i we własne firmy. Ale jak młoda matka ma się spełniać zawodowo, skoro państwo nawet palcem nie ruszy, by jej pomóc w najbardziej elementarnej sprawie? Radź sobie sam, obywatelu. I tak w praktyce wygląda hasło Platformy o wyzwalaniu energii Polaków.
A przecież w żłobkach i przedszkolach dzieci nie tylko czekają na zapracowanych rodziców, ale bawią się, uczą, w tym także kontaktów międzyludzkich. Skoro państwo nie buduje żłobków i przedszkoli, to niech pozwoli na budowę prywatnych. W teorii pozwala. W praktyce przepisy są tak restrykcyjne, że ich spełnienie graniczy z cudem.
Żłobki podlegają Ministerstwu Zdrowia, więc ich zakładanie przypomina zakładanie przychodni lekarskich. Oczywiście, nie można dopuścić do działalność hochsztaplerów i zezwolić na żłobkową samowolkę. Ale po to jest państwo, by ustaliło precyzyjne, dostosowane do nowoczesnego świata przepisy gwarantujące dobrą opiekę i rozwój dziecka. Rodzice też będą się rozwijać, z pożytkiem dla PKB i ze spokojem, że ich dziecko jest bezpieczne.
W sierpniu 2008 r., czyli półtora roku temu, posłanka PiS Joanna Kluzik-Rostkowska złożyła w Sejmie projekt ustawy o formach opieki nad dziećmi do pięciu lat. Przepisy miałyby ułatwić życie rodzicom. Gminy dostałyby możliwość tworzenia świetlic dziecięcych, grup zabawowych i mikroprzedszkoli. I nie tylko one - także prywatne przedsiębiorstwa, związki wyznaniowe, organizacje pozarządowe. Samorządy powinny zadbać o wykształcenie odpowiedniej liczby przedszkolanek i zapewnić kontrolę, żeby miejsca, w których przebywają dzieci, były bezpieczne, czyste i dla maluchów atrakcyjne.
Do tej pory w Sejmie nawet nie nadano projektowi numeru, co oznacza, że nie może być rozpatrywany ani przez cały Sejm, ani przez komisje. Nie wiadomo, czy projekt jest zły (ale przecież można go poprawić), czy też - co bardziej prawdopodobne - zdecydowała przynależność partyjna autorki.
Sejm ostatnimi czasy kojarzy się obywatelom wyłącznie ze skandalami politycznymi i kompromitacją kolejnych komisji śledczych. A najmniej kojarzy się z tworzeniem prawa. Może więc powyciągać te zaległe projekty ustaw z szuflady i zobaczyć, co tam może się Polakom przydać. A podpisy ujawniające autorstwo projektu proponuję spalić.
Katarzyna Kolenda-Zaleska (Fakty TVN)