Jeśli Sejmowi nie uda się w szybkim czasie sklonować posłów Marzeny Wróbel (PiS) i Sebastiana Karpiniuka (PO), powoływanie kolejnej komisji śledczej mija się z celem. Mówiąc poważnie, komisję powołać oczywiście można, pytanie tylko, kto w niej zasiądzie. Który z posłów będących do wzięcia będzie w stanie intelektualnie poradzić sobie z pracami komisji?
Wybór jest raczej żaden, bo już działające komisje pokazały dramatyczny deficyt osób z choćby śladowym autorytetem. Przecież nie chodzi o to, by komisję powołać, ale o to, by była ona w stanie wyjaśnić kulisy afery hazardowej. I nie chodzi o to, by komisja stała się trampoliną do politycznych karier i politycznej rozpoznawalności, ale żeby była w stanie zmierzyć się z dokumentami, przesłuchać świadków i przede wszystkim napisać sprawozdanie pozbawione politycznej zapalczywości.
Do tej pory nie udało się to żadnej z licznych komisji śledczych, o których już na szczęście udało się zapomnieć. Co wniosła do rozumienia rzeczywistości komisja orlenowska lub dotycząca PZU? O działających obecnie nawet nie warto wspominać. Nawet prace prekursorskiej komisji rywinowskiej zakończyły się polityczną awanturą.
Nie ma szans na to, aby posłowie, którzy zasiedliby w komisji, zostawili w szatni swoje polityczne przekonania. Wiadomo, że opozycja będzie robić wszystko, by pogrążyć rząd, Platformę i premiera będącego równocześnie konkurentem do prezydenckiego fotela. Posłowie koalicji będą zaś robić wszystko, by zminimalizować straty, bronić kolegów, bagatelizować oczywiste dowody.
W ten sposób w pracy komisji fakty przestaną się liczyć. Jeśli Sejm wybierze do komisji posłów w rodzaju Wróbel czy Karpiniuka, to będą tylko awantury.
Opozycji to na rękę. Widowisko będzie trwało długo. Najpierw kłótnie o to, jak nazwać komisję, potem - ilu ma mieć posłów - jakby to miało jakiekolwiek znaczenie - potem ukonstytuowanie komisji, wybranie przewodniczącego (koalicja nie odpuści, opozycja będzie dramatycznie rwać szaty nad brakiem obiektywizmu). I tak to się będzie toczyć w znanym stylu, w tych samych dekoracjach, z tymi samymi aktorami czy raczej halabardnikami. Korzyść polityczna oczywista, merytoryczna żadna.
Trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że po wnikliwej lekturze ostatnich gazet każdy myślący człowiek jest w stanie zrozumieć, o co w tym chodzi, kto lobbował i dlaczego. Dzięki uprzejmości CBA, które dzieli się swoimi tajemnicami z niektórymi mediami, nic nie jest już tajemnicą. Dzięki odtajnieniu notatek z kancelarii premiera też. To nie sprawa Rywina, gdzie trzeba było analitycznego umysłu Rokity i trzeźwości Nałęcza, aby odkryć, w którym momencie procesu legislacyjnego pojawiały się lub znikały "lub czasopisma".
Jasne jest jednak to, że politykom - zwłaszcza opozycji, której panowie Chlebowski i Drzewiecki zrobili wspaniały prezent - wcale nie zależy na tym, żeby cokolwiek stało się jasne. Im zależy jedynie na tym, żeby dużo się działo, a komisja śledcza to wspaniałe miejsce do wywoływania awantur. Mało mnie interesuje, że koalicja możne na tym politycznie stracić. Ale na pewno straci jakość publicznego życia, w którym, niestety, coraz mniej autorytetów, a coraz więcej kiepskich graczy.
Katarzyna Kolenda-Zaleska (Fakty TVN)