Jeden z niespełnionych polityków z partii od lat cieszącej się niesłabnącym poparciem 1 proc. (w porywach do dwóch) w jednej z gazet, której nakład tysiąckrotnie przekracza liczbę członków jego ugrupowania, wylewa żale na demokrację. Ma żal o wszystko - zwłaszcza o to, że nikt nie chce na niego głosować, a żal ma nie do wyborców, ale głównie do dziennikarzy. I jak napisał: "sprzedajnych prezenterów TV (na ogół agenci bezpieki zresztą )". Agenci bezpieki Ciekawe 20 lat po odzyskaniu niepodległości w TV - rozumiem, że w każdej - prezenterami (cóż to za słowo, widać, że autor tkwi korzeniami w PRL, bo teraz prezenterów to ze świecą szukać) są byli agenci SB. Rozumiem więc, że panu z partii o "niesłabnącym poparciu" chodzi o dziennikarzy występujących w telewizji, z których większość (napisał "na ogół") to agenci. I już gotowa fraza do wykorzystania: dziennikarze to agenci SB. Donosiciele, tak? Oszuści, tak? Kłamcy, denuncjatorzy. Szuje po prostu, i już. Dziennikarzy można nie lubić, można ich nie szanować, ale nie można w ten sposób podważać ich wiarygodności. To tak, jakby napisać, że ogół lekarzy to rzeźnicy, a ogół polityków to złodzieje.
Być może ten tekst nie wart jest dyskusji - z uwagi na jego głupotę, nieprawdę, no i autora z partii o "niesłabnącym poparciu" - ale ręce opadają. Nawet nie warto wspominać, że prezenterami - a niech mu już będzie - są w większości ludzie, którzy w PRL i w czasach, gdy bezpieka miała coś do powiedzenia, bawili się w piaskownicy. A tych kilkunastu starszych nikt nigdy nie oskarżał o współpracę z kimkolwiek.
Ale dla retorycznej atrakcyjności można tak sobie bezkarnie oskarżać ludzi o najgorsze zbrodnie. Może faktycznie sprawa nie ma żadnego znaczenia. Ot, jeden niemądry, ulotny, przepełniony żółcią felieton. Tyle tylko że oskarżenia niepoparte dowodami budują klimat wzajemnych relacji międzyludzkich. Pan polityk będzie gadał, co mu ślina na język przyniesie, oskarżał, kogo popadnie, no to my też możemy. Jak nam się sąsiad nie spodoba, bo za długo świeci światło na balkonie, to go obrzucimy błotem i oskarżymy o współpracę. Zatrujemy mu życie, obmówimy przed innymi. Swoją drogą zdumiewa, że ktokolwiek jeszcze dostrzega atrakcyjność i skuteczność oskarżeń o związki z bezpieką.
Jeśli jednak gazety drukują takie teksty, to co się potem dziwić, że internauci wylewają w sieci najgorsze pomyje. Polityk pisze pod nazwiskiem, ale oskarża nie wiadomo kogo. A jak nie wiadomo kogo, to znaczy, że wszyscy są umoczeni, wszyscy podejrzani. Internauta chowa się za anonimowym nickiem i wszystko mu wolno. Nie wierzę, że da się walczyć z chamstwem w sieci jakimikolwiek ustawami czy zakazami. Wierzę natomiast, że w gazetach można. Można nie drukować pełnych insynuacji tekstów frustratów. W ten właśnie sposób można tworzyć kulturę słowa, która z czasem, powoli dojdzie i być może do internetu. Bo jeśli nie, to za chwilę każdy będzie mógł bezkarnie napisać na przykład: "W partii takiej to a takiej - na ogół pedofile - doszło do rozłamu". Podoba się to panu, panie niespełniony polityku?
Takie teksty pokazują, że choć dyskusja o chamstwie w sieci jest potrzebna, to równie ważna jest debata o chamstwie w publicznej debacie. Bo mówić można, jak się okazuje, wszystko. I nie grożą za to najmniejsze konsekwencje.
Katarzyna Kolenda-Zaleska (Fakty TVN)