Problem w tym, że kościelna hierarchia w znakomitej większości zabiera publicznie głos niemal wyłącznie w sprawach światopoglądowych. Wtedy bez zbędnej zwłoki, tak charakterystycznej dla działań Kościoła, błyskawicznie zajmuje stanowisko. I to zdecydowane, ostre, bez niedomówień, ale też bez jakiejkolwiek próby szukania kompromisu. Stanowisko, które nie buduje mostów, lecz często pogłębia przepaść. Utrwala obraz Kościoła jako nieomylnej, za to atakowanej zewsząd reduty będącej jedyną ostoją prawdy. Tak było ostatnio - w sprawie in vitro, eutanazji czy ustawy antyaborcyjnej. I tak też może pozostać, czego sygnałem jest wybór nowego przewodniczącego Episkopatu Polski. Może, ale nie musi.
- Za pięć lat kościoły będą puste - powiedział mi jeden z ważnych księży po wyborach nowego-starego przewodniczącego. Mówił z troską. Z rozczarowaniem i smutkiem. Arcybiskup Józef Michalik był przewodniczącym pięć lat, będzie kolejne pięć. Tak zdecydowali biskupi, obawiając się rewolucji. Postawili na Kościół, który uznają za dobry.
Abp Michalik - skryty, wyciszony, niechętnie stojący w pierwszym szeregu i niechętnie wypowiadający się dla mediów - jest symbolem tradycyjnego polskiego Kościoła. Trochę przykurzonego i nieco archaicznego. To nie jest określenie pejoratywne. Wręcz przeciwnie.
Ten tradycyjny polski Kościół ma w sobie urok świata, którego już nie ma, a za którym się tęskni jak za sielankowym dzieciństwem.
Przywiązanie do tradycji jest rzeczą cenną, pod warunkiem że tradycja znakomicie miksuje się że współczesnością. A tego właśnie w polskim Kościele brakuje. Nie u wszystkich hierarchów rzecz jasna. Ale u większości, która podtrzymuje obraz Kościoła jako zamkniętej i nieufnej zhierarchizowanej instytucji. Większość polskich hierarchów siłę polskiego Kościoła widzi w tradycyjnej maryjnej pobożności, nie dostrzegając, że to świat być może już odchodzący.
Młodzi, o których przecież zmarły
papież mówił, że są przyszłością świata, nie rozumieją takiego Kościoła. Arcybiskup Michalik jest dla nich obcym, nie przyjacielem i nie powiernikiem. Jest z innej epoki. Epoki nakazów i zakazów, epoki bez dyskusji. Młodzi tego nie przyjmą i dlatego za pięć lat kościoły mogą być puste.
Po wyborach w Episkopacie wielu publicystów załamywało ręce nad definitywnym zamknięciem przez Kościół sprawy lustracji, tak jakby nie dostrzegali, że ten problem wiernych mało obchodzi. Zwłaszcza tych młodych wiernych, którzy znajdują wspólny język z niewiele od nich starszymi dominikanami. Zamknięcie spraw lustracji może być dla Kościoła zbawienne.
Czy dziś wierni naprawdę oczekują od Kościoła bezustannego rachunku sumienia? A może bardziej niż kiedykolwiek oczekują, że Kościół poda im pomocną dłoń, pocieszy, doda otuchy w czasach kryzysu?
Diecezja sandomierska błyskawicznie utworzyła fundusz interwencyjny pomagający ludziom zwalnianym z pracy i ludziom tracącym firmy. W Środę Popielcową datki na tacę w Stalowej Woli zasilały fundusz. Zebrano kilka tysięcy, co jak na miasto kurczącego się rynku pracy jest dużym osiągnięciem. Na fundusz można wpłacać 1 procent podatku i można dawać co łaska. Fundusz to nie tylko konkretna materialna pomoc. To też tworzenie wspólnoty. Wspólnoty ludzi, którzy mogą na siebie liczyć, pomagać sobie, odkrywać w sobie i swoich sąsiadach pokłady hojności i solidarności. Taka także jest dziś rola współczesnego Kościoła. Nie tylko obrona dogmatów wiary.
Chciałoby się, żeby Kościół zrozumiał, że oczekujemy jego głosu i jego działania nie tylko w sprawie ochrony życia, ale także w sprawie życia. Życia tu i teraz.
Katarzyna Kolenda-Zaleska Fakty TVN