Rację ma Palikot, gdy mówi, że przedstawienie projektu ustawy nikogo już nie zainteresuje. Media przejdą obojętnie, politycy wzruszą ramionami. Trzeba czymś zaszokować. Problem w tym, że ten środek nie uświęca celu, bo - jak rozumiem - celem ma być dyskusja nad konkretami. Problem w tym, że do tej dyskusji rzadko kiedy dochodzi, bo zainteresowania wystarcza na sam happening. Dalej już nie, bo odpala się następny happening. A każdy następny musi być bardziej szokujący, coraz bardziej widowiskowy.
Zaburzony zostaje dramaturgiczny logiczny ciąg, w którym powinien być i początek, i środek, i koniec. Jest tylko początek, co czyni z polityki farsę mającą na celu dostarczenie uciechy coraz bardziej znudzonej widowni.
Polityka przestaje być teatrem. To już niemal wyłącznie show biznes szukający inspiracji w kulturze masowej, a nie wysokiej. Ma swoich celebrytów, swoje skandale, swoje tematy grane na politycznych scenach. Spektakl Palikota z próbą zapalenia jointa w Sejmie, poprzedzony równie spektakularną i równie niedokończoną próbą dyskusji na temat obecności krzyża w Sejmie, jest takim właśnie przykładem ślizgania się po powierzchni. Dawania chwilowej rozrywki zamiast próby rozwiązania problemu. Błazenada zastępuję debatę, pozostawiając po sobie pobojowisko niedokończonych spraw.
Każde ugrupowanie ma swojego jointa w zanadrzu. Bo czyż
PiS, czyniący z obecności generała Błasika w kokpicie prezydenckiego samolotu clue smoleńskiej katastrofy, zamiast na całości nie skupia się na szczególe potrzebnym do politycznego ataku na rządzących? A czy nieustanne wypominanie premierowi urlopów nie jest w istocie werbalnym happeningiem, który nie ma żadnego znaczenia, ale mieści się znakomicie w konwencji politycznego widowiska?
Premier, pytany o zapowiadane w exposé reformy - w tym podniesienie wieku emerytalnego czy reformę
KRUS - zamiast odpowiedzieć, odesłał dziennikarzy do internetu. Także jego biuro prasowe było lakoniczne: ustawy są w przygotowaniu - poinformowało. To znaczy? Odpowiedź nie jest widać dla premiera atrakcyjna.
W debacie republikańskich kandydatów na prezydenta pierwsze pytanie do kandydata nie dotyczy problemów kraju, ale oskarżeń o zdradę, które sformułowała w telewizyjnych wywiadach jego druga żona. Dziennikarz - sam wyraźnie zażenowany - broni się, tłumacząc, że o tym dyskutują obywatele. No właśnie. Tacy politycy i taka polityka, jacy obywatele. Albo tacy obywatele, jacy politycy.
Pytanie jest otwarte. Czy to politycy powinni schlebiać gustom, czasem nie najwyższych lotów? Czy obywatele powinni wymagać od polityków więcej powagi?