Wścieka mnie, kiedy słyszę szefa Naczelnej Rady Lekarskiej mówiącego, że będzie wypisywał recepty ze 100- proc. odpłatnością. Ciekawe, co powie przewlekle choremu czy też mamie małego dziecka.
Rzecznik praw pacjenta każe nam szukać ludzkiego aptekarza. A dlaczego aptekarz ma brać odpowiedzialność za lekarza, który nie chce mu zrefundować recepty? Dlaczego minister Arłukowicz wprowadził totalny bałagan? Po to, żeby przestraszyć lekarzy, żeby z łatwością nie wypisywali leków refundowanych. Mają patrzeć głęboko w oczy pacjenta i zastanawiać się, czy go stać na lek tańszy, czy droższy.
Zamieszanie wprowadza prezes Narodowego Fundusz Zdrowia, który mówi, że recepty z pieczątką "Refundacja do uznania przez NFZ" mają 100 proc. płatności. Pan minister twierdzi, że lekarzom nie popuści. Ci się obawiają kar finansowych za to, że źle wypiszą refundację. Mają decydować o tym, czy pacjent jest ubezpieczony, czy nie. A z kolei pacjent może napisać lekarzowi: Jestem ubezpieczony - i ten ma to honorować.
To wszystko nie trzyma się kupy. Premier niczym
Ludwik Dorn straszy lekarzy konsekwencjami, jeżeli będą się zachowywali niegodnie. A czy godnie zachowuje się b. minister zdrowia
Ewa Kopacz, która była dumą pana premiera, bo nie poddała się lobby farmaceutycznemu w sprawie szczepionek? Szkoda, że teraz zniknęła i zostawiła ministra Arłukowicza samego.
Ten jest lojalny. Nie dość, że broni ustawy, przeciwko której głosował. Broni również swojej poprzedniczki. Ta, skoro tak nabroiła, to powinna się teraz spotkać z lekarzami, aptekarzami i wesprzeć Arłukowicza. Ale oczywiście dużo wygodniejsze jest siedzenie w gabinecie marszałkowskim.
Szef Naczelnej Rady Lekarskiej twierdzi, że "pacjenci popierają opór lekarzy przeciwko powszechnemu draństwu", którym jest dla niego wprowadzanie ustawy refundacyjnej. A pacjenci trzymają sztamę z tymi nielicznymi, którzy są w tym sporze uczciwi i przyzwoici.
Panie Premierze, oszczędności są ważne, ale ważniejsze jest zdrowie pacjentów i potrzeba odwagi, żeby z głupich ustaw się wycofać.