Niepaląca większość przegłosowała dyskryminację palącej mniejszości. Nie separację, ale dyskryminację. Zgodnie z obowiązującą modą.
Ustawodawca postanowił uwolnić niepalących od naszego smrodu. Słusznie. Kto nie chce wąchać dymu, nie powinien być do tego zmuszany. Zwłaszcza gdy większość wierzy, że dym to najgorsza zaraza i śmierć.
W rozwiniętym świecie od lat narasta antynikotynowa obsesja higieniczna. Ale narasta w rozmaity sposób. Prawidłowość, którą można zauważyć, jest, z grubsza biorąc, taka, że tam, gdzie pociągi przyjeżdżają mniej więcej o czasie, służba zdrowia działa, chorzy są w szpitalach bezpieczni, żywność jest stosunkowo zdrowa, a grubasów niewielu - krucjata antynikotynowa chroni niepalących. Tam zaś, gdzie pociągi i samoloty się rutynowo spóźniają, gdzie pójście do szpitala wiąże się z nieobliczalnym ryzykiem, a plagą społeczną stała się otyłość - antynikotynowa wojna koncentruje się na zwalczaniu palących. To nie jest semantyczna różnica.
My, palacze, oczywiście najgorzej mamy w Ameryce. Tak się złożyło, że zakaz palenia w samolotach wprowadzono tam mniej więcej wtedy, gdy przestały one latać punktualnie. W szpitalach ograniczenia przechodziły w dzisiejszy totalny zakaz, gdy stopniowo dochodzono do 40 procent pacjentów padających ofiarą błędów lub zakażeń. Zakaz palenia w lokalach wchodził zaś w życie równolegle z narastaniem plagi otyłości będącej skutkiem tego, co ludzie tam jedzą. Mordercze potrawy Amerykanie mają jeść w zdrowej atmosferze.
Podobnie w Anglii. Im gorzej działa służba zdrowia, komunikacja publiczna, oświata, gospodarka - tym bardziej nie wolno palić. I nie przypadkiem liderami brutalnej wersji "niepalenia" są dwie zbankrutowane wyspy:
Irlandia i
Islandia.
W Japonii walka z biernym paleniem też trwa długo i jest radykalna. Nie wolno na przykład palić na ulicach. Poza wyznaczonymi miejscami. Ale te miejsca są. Stoją tam popielniczki. Nietrudno je znaleźć. Nie wolno też palić w pociągach. Ale w najszybszym i najbardziej punktualnym pociągu świata - jadącym 360 km na godz. - jest wagon dla palących, a między wagonami "bez dymu" wstawiono hermetyczne kabiny dla palaczy.
Natomiast w ekspresie, który sześć godzin turkoce z Warszawy do Gdyni i zawsze się spóźnia, żadnych kabin oczywiście nie będzie ani zadymionych wagonów. Im gorzej się jedzie, tym bardziej się nie pali. Podobnie w japońskich restauracjach nie wolno palić, jeśli nie ma dobrej wentylacji. Ale ta wentylacja jest. Bo bez niej knajpy śmierdziałyby - jak w Polsce. I są sensowne miejsca dla palących.
Po dwóch latach gospodarczej stagnacji polscy niepalący doświadczą irlandzkich i amerykańskich luksusów.
Będą teraz mogli w zdrowej, higienicznej, miłej, bezdymnej atmosferze urzynać się w knajpach do nieprzytomności i zdrowo zasypiać, tuląc twarz w okazy zdrowej żywności, jak golonka z kapustą, flaki albo pyzy z mięsem. Będą mogli wśród wyziewów z kuchni bezdymnie - więc zdrowo - pochłaniać w restauracjach zupki, sosy oraz dania z proszku faszerowane syntetycznym zapachem, kolorem i smakiem. Będą zdrowo pracowali po 14 godzin w bezdymnych jednoprzestrzennych biurowcach. Będą się bezdymnie leczyli w szpitalach, gdzie co trzeci pacjent pada ofiarą błędu lub zakażenia. Będą się bezdymnie uczyli w wyższych szkołach wstydu. Będą sobie bezdymnie podróżowali w pociągach, które z żelazną konsekwencją unikają przyjeżdżania o czasie i wypoczywali na bezdymnej plaży nad morzem pełnym śmieci, alg oraz pałeczek tego i owego. Sto lat. Wszystkiego najlepszego.
Jak ktoś woli umrzeć od tłuszczu, nadwagi, przepracowania, przepicia, zatrucia albo czegokolwiek innego, palacze nie powinni mu tego utrudniać.
Ja - wasz ganc nowy Murzyn - wolę umrzeć od dymu. I nie widzę powodu, by mi to utrudniano, jeśli nie szkodzę innym. Zwłaszcza że według badań umrę dużo taniej niż niepalące grubasy. I wszyscy inni śmiertelnie zdrowi rodacy. Warto więc może poszukać odpowiedzi na nieśmiałe pytanie - czy antynikotynowa krucjata w tym kształcie jest po to, by ludziom żyło się lepiej - czy zamiast?