http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wybór lewicy

Jacek Żakowski
2010-06-28, ostatnia aktualizacja 2010-06-28 23:06

Kaczyński? Komorowski? Grill?

Jacek Żakowski
fot.
Jacek Żakowski
Wybór lewicy wydaje się trudny. Program Komorowskiego jest jej bliższy kulturowo i obyczajowo. Program Kaczyńskiego bardziej pasuje do jej lewicowego myślenia społecznego i ekonomicznego. Kaczyński obiecuje dużo więcej równości. Komorowski trochę więcej wolności.

Wyborcom lewicy najbardziej odpowiadałby polityczny faun - od pasa w dół program Komorowskiego, od pasa w górę program Kaczyńskiego. Ale takiej oferty w drugiej turze nie ma. A wybrać jednak trzeba. Bo lewicowa tożsamość to - jak mówił Kuroń - nieobojętność i - jak pisał Kołakowski - poczucie odpowiedzialności za świat. Lewica z natury nie może uchylić się od wyboru. Musi wspomóc lepsze.

Kto dla lewicy jest lepszy?

W sferze obyczajowej łatwo wyrobić sobie zdanie, idąc tropem pytań postawionych przez Grzegorza Napieralskiego. Marszałek popiera in vitro, a prezes jest mu "jako katolik" przeciwny. Marszałek jest za Kartą Praw Podstawowych, a prezes uważa, że ona godzi w suwerenność Polski (choć łyknął ją nawet najradykalniej eurosceptyczny Vaclav Klaus). Marszałek gotów jest poprzeć parytety (choć ograniczone do 35 proc.), a prezes uważa takie rozwiązanie za sztuczne.

W sprawach społeczno-ekonomicznych Kaczyński obiecuje więcej. "Bogactwo dla wszystkich" brzmi zachęcająco, nawet jeśli jest tylko "skrótem semantycznym". Bo rozwarstwienie jest już w Polsce za duże jak na europejskie standardy. I od lat szybko rośnie.

Problem w tym, że to rząd Kaczyńskiego zrobił w ostatniej dekadzie najwięcej, by ono szybko rosło. To Jarosław Kaczyński postawił na czele ministerstwa finansów anarcholiberalną Zytę Gilowską. To ona przygotowała i głosami PiS przepchnęła w Sejmie znoszącą trzeci próg podatkowy reformę PIT, która najlepiej zarabiającym Polakom dała prezent wartości kilkunastu tysięcy rocznie, a zarabiającym najgorzej nie przyniosła praktycznie nic. To Zyta Gilowska, rząd Jarosława Kaczyńskiego i posłowie PiS przeforsowali obniżkę składki rentowej, na której dobrze zarabiający znów zyskali tysiące, a najbiedniejsi grosze.

Obie te PiS-owskie reformy przekierowały wielki strumień pieniędzy od biednych do bogatych. Kilkadziesiąt miliardów rocznie, które zostały na kontach zamożniejszych, państwo musi sobie gdzieś odbić. A odbija sobie, tnąc wydatki społeczne lub się zadłużając, co ma podobny skutek, tyle że przesunięty w przyszłość.

Hipokryzję PiS-owskiego "solidarnego państwa" najlepiej pokazało jednak zniesienie podatku spadkowego. Był to największy prezent, jaki mogli od władzy otrzymać polscy oligarchowie, z którymi PiS propagandowo walczył. Bo przeciętni Polacy od czasów Gierka mogli - jak niemal wszędzie na świecie - bez podatku dziedziczyć lub przekazywać najbliższym mieszkania, domki, oszczędności.

PiS rozszerzył to prawo na wielkie fortuny. Najbogatsi zyskali na tym dziesiątki lub setki milionów. A najbiedniejsi - nic. Takiej reformy nigdy nie forsowali radykalni polscy ultraliberałowie. Nie próbowali jej nawet Reagan i Thatcher. Bo ona jest nie tylko niemoralna, ale też ekonomicznie szkodliwa.

Można by pomyśleć, że było to już kilka lat temu, więc może PiS się zmienił. Nie zmienił się. Kilka miesięcy temu tę samą Zytę Gilowską, która symbolizowała ultraliberalną politykę PiS, prezydent Lech Kaczyński mianował do Rady Polityki Pieniężnej. Jarosław Kaczyński nigdy się od jej reform i poglądów nie odciął. A nawet nie zdystansował się od niej w takim stopniu, w jakim PO zdystansowała się wobec reprezentującego podobne poglądy Leszka Balcerowicza. Jest więc poważne ryzyko, że jako prezydent Jarosław Kaczyński korzystałby z jej rad i wzmacniałby zmarginalizowane ostatnio ultraliberalne skrzydło PO.

Gdybyśmy mieli w najbliższą niedzielę wybierać jeden z napisanych na papierze lub opowiadanych na wiecach programów - lewica miałaby poważny kłopot. Ale wybieramy partie i ich kandydatów, o których już coś wiemy. To znaczy, że de facto wybieramy między ultraliberalną polityką gospodarczą i ultrakonserwatywną tożsamością polityczną prezesa Kaczyńskiego, a umiarkowanie liberalną i umiarkowanie konserwatywną postawą marszałka Komorowskiego.

Dla lewicy wybór jest oczywisty. Jeśli chce być spadkobiercą tradycji Kuronia i Kołakowskiego - powinna go jednoznacznie nazwać.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 34 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy