"Bardzo dobre pytanie" to takie, na które nie ma dobrej odpowiedzi. I tak jest w tym przypadku. A to z tego powodu, że przecież nie znamy odpowiedzi na najważniejsze pytania pomocnicze. Nie wiemy, czy Tusk wygra, czy po zwycięstwie utrzyma kontrolę nad partią, czy pozbawiona lidera Platforma nie rozpadnie się na skutek rywalizacji frakcyjnych. O tym się dyskutuje, bo oczywiście od tego zależy odpowiedź na pytanie, jaką decyzję powinien podjąć premier.
Jest też jednak cała seria pytań, które mają nie mniejsze znaczenie, a o których jakoś dziwnie milczymy. Pytanie kluczowe brzmi: co się stanie, jeśli premier pozostanie premierem, a w szranki z Lechem Kaczyńskim stanie na przykład marszałek bez wąsów? Najbardziej dramatyczne jest oczywiście pytanie, co by się stało z Platformą i z pozycją Tuska, gdyby marszałek przegrał. Ale to jest mało prawdopodobne. Załóżmy więc, że marszałek zwycięży. Czy z marszałkiem w Pałacu
Donald Tusk będzie mógł sprawować w Polsce rzeczywistą władzę? I czy zachowa kontrolę nad partią? A przede wszystkim, czy partia to wytrzyma? To też są "bardzo dobre pytania". A może nawet bardziej.
Jednak Platforma jest dziś całkiem inna niż wtedy, gdy Tusk zostawał premierem. Dwa lata temu PO była jak rzymska kohorta idąca za dowódcą w niewzruszonym szyku. To się skończyło za sprawą senatora Misiaka, Jacka Karnowskiego, ustawy bioetycznej i afery hazardowej. Dzisiejsza Platforma przypomina raczej portki Charliego Chaplina - łatane na okrętkę, luźno wiszące na przetartych szelkach, za krótkie, by zakryć, co trzeba, i dość bezbronnie powiewające na wietrze. Nie wiem, czy Donald Tusk byłby jeszcze w stanie zrobić z portek Chaplina kohortę, gdyby postanowił wycofać się z wyborów i pozostać premierem oraz szefem partii. By na to odpowiedzieć, trzeba by było wiedzieć, jak daleko zaszedł już proces dzielenia partyjnej skóry po Tusku. A tego nie wiadomo. Tusk ani my nie wiemy, co jego partyjni koledzy sobie obiecali, jak za zamkniętymi drzwiami podzielili role, na ile są do tych planów przywiązani.
Być może więc największy dylemat Tuska nie polega dziś na tym, czy opłaca się zostać prezydentem, rezygnując z kierowania rządem i partią rządzącą. Może ważniejsze stało się pytanie, czy warto poświęcać prezydenckie szanse w zamian za słabnące i coraz mniej pewne przywództwo w Platformie oraz za malejący wpływ na kolegów ministrów i program rządzenia. Gdybym był Tuskiem, miałbym z tymi pytaniami dużo większy kłopot niż z wątpliwościami, czy komisja śledcza nie zniszczy jego wizerunku i szans w wyborach prezydenckich.
Często się powtarza, że w sprawie prezydentury Donald Tusk ma twardy orzech do zgryzienia. Moim zdaniem tego orzecha nie warto rozgryzać, bo się go rozgryźć nie da. Nawet Michał Boni ze swoim analitycznym umysłem nie zdoła przewidzieć dynamiki, jaką decyzja o kandydowaniu lub niekandydowaniu Tuska może uruchomić w zmęczonej już rządzeniem Platformie. A skoro skutków decyzji przewidzieć się nie da, trzeba puścić wodze emocjom. Wiele badań wskazuje, że w sytuacjach nadmiernie złożonych, by można coś było przewidzieć, decyzje emocjonalne są zwykle bardziej trafne od wniosków płynących z pozornie racjonalnych analiz. Jeśli więc Donald Tusk wciąż mimo wszystko chce być prezydentem, to powinien startować w wyborach. Jak chce być mimo wszystko premierem - startować nie powinien. A to wie tylko on sam. Więc tylko on może podjąć decyzję.