Dla nas był to przede wszystkim rok światowego kryzysu gospodarczego, który polska gospodarka na razie przejechała półdarmo. Dla świata był to głównie rok wielkiego przestawiania zwrotnic. Nie tylko z toru szybkiego wzrostu na tor łagodnej stagnacji. Zmiana jest poważniejsza. Bo głównie mentalna. Zmieniają się wektory trendów, wpływów i imitacji. Pierwszy raz od wieku to nie nasze rządy, banki i koncerny ratują załamujące się inne gospodarki. Teraz nasze rządy, banki i koncerny szukają ratunku w Rosji, Chinach, krajach Bliskiego Wschodu. Pierwszy raz od wojny to nie Zachód, nie
Ameryka, nie obejmująca też Rosję cywilizacja chrześcijańska decyduje o nowym światowym ładzie, lecz
Chiny, które rozegrały szczyt klimatyczny, jak chciały, i za zamkniętymi drzwiami na przekór Ameryce i Unii osiągnęły dokładnie to, co zamierzyły. Zmienia się też kierunek wektorów wewnątrz samego Zachodu. Pierwszy raz od przeszło pół wieku Ameryka naśladuje "starą" Europę, wprowadzając powszechną opiekę zdrowotną. Pierwszy raz od dekad to nie lewica naśladuje prawicę (czego kwintesencją była trzecia droga Blaire'a i Schrödera). Teraz prawica kupuje pomysły lewicy, przyjmując język ekologów, domagając się silniejszych regulacji, lansując globalne podatki (m.in. podatek Tobina od międzynarodowych przepływów finansowych), promując misję państwa.
Co dwa lata temu zdawało się przyszłością, teraz zdaje się przeszłością; co zdawało się być nowoczesne, okazuje się anachroniczne. Dzieje się to szybciej niż kiedykolwiek. Światowe media, politycy, liderzy biznesu mówią nowym językiem. Świat w dużym stopniu myśli i działa inaczej.
Myślę, że nowy język jest trochę mądrzejszy, myślenie trafniejsze, działanie sensowniejsze. Ale nie wiem, czy się z tego cieszyć. Bo dla Polski to nie musi być dobre. Nie dlatego że mamy szczególne interesy, choć je (jak każdy kraj) mamy. Dlatego że od sześciu lat mamy przed oczami niemal wyłącznie kolejne wybory.
Polskie wybory zawsze oznaczają ogólne odmóżdżenie. Ale tym razem bardziej. I dużo dłużej. Dlatego nie doceniamy zmian zachodzących wokół. To nie są nasze zmiany. My ich nie współtworzymy. Oni się zmieniają. My co najwyżej się dostosowujemy. Nawet nie bardzo staramy się ich zrozumieć. Świat robi wielki skok w XXI wiek. My mentalnie trwamy w dwudziestowiecznych kontuszach. Przespaliśmy sporą część tej zmiany. Grozi nam, że - zatopieni w partyjno-wyborczych swarach - resztę też prześpimy. Jak reformację, oświecenie, pierwszą ponowoczesność.
Kilka epokowych zwrotów, które Polska w przeszłości z różnych przyczyn przespała, zbudowało mentalną barierę między nami a jądrem Zachodu. Nie geopolityka, ale historyczne drzemki skazały nas na peryferyjność, wieczne imitacje, nieustanne doganianie innych. We krwi mamy polski konserwatyzm, więc trwanie wychodzi nam lepiej niż zmienianie. Zwłaszcza trwanie przy poglądach, rolach i idolach. To Polsce ciąży od wieków i różni nas od Zachodu. Kiedy Zachód dreptał sobie w miejscu, my się do niego stopniowo zbliżaliśmy. Kiedy zrywa się do kolejnego skoku, my znów zostajemy z tyłu. Pocieszamy się, że chwilowo mamy trochę większy wzrost albo wolniej rosnący dług. Nie zauważamy, że mentalnie od metropolii znów dzieli nas coraz większy dystans. Znów stajemy się coraz głębszą prowincją, za co zawsze po jakimś czasie musieliśmy słono płacić.
Następny rok zdecyduje, czy jeszcze raz ten polski błąd powtórzymy. Więc gdybym miał państwu oraz sobie czegoś na nowy rok życzyć, życzyłbym głównie mniej upartego trwania na zajmowanych od dawna pozycjach, mniej zaabsorbowania walką Donalda z Kaczorem, a więcej uwagi, odwagi i determinacji w poszukiwaniu z innymi nowej wspólnej drogi.
PS W wigilijnej "Gazecie" Aleksandra Klich ogłosiła polemikę z moim poprzednim komentarzem poświęconym kultowi Leszka Balcerowicza. Objętość tego komentarza nie pozwala bym na nią poważnie odpowiedział. Zrobię to niebawem w osobnym tekście.