Logika, do której przywykliśmy - i która jest naturalna - zakłada, że kiedy znamy wyniki wyborów, z grubsza znamy też skład nowego rządu. A przynajmniej możemy obserwować, jak on się wyłania z sensownego koszyka kandydatur.
Teraz jest inaczej. Nie tylko nie ma rządu, ale nawet on się nie wyłania. Nie tylko premier publicznie milczy w sprawie przyszłych ministrów. Milczy też prezydent w sprawie przyszłego premiera. Niby kandydat wydaje się więcej niż oczywisty, ale prezydent wciąż nie korzysta z okazji, by oczywistość uczynić pewnością.
Gdy oczywisty premier nie jest pewnym premierem, nie mniej oczywisty minister finansów przestaje być pewnym ministrem finansów, oczywisty minister spraw zagranicznych przestaje być pewnym ministrem spraw zagranicznych i oczywisty minister rozwoju regionalnego przestaje być pewnym ministrem rozwoju regionalnego.
To nie jest śmiertelna choroba. Ale jednak kosztowna. Bo w próżni, którą swoimi tajemniczymi minami wytwarzają prezydent i premier, dość bezsensownie spala się polityczna energia i zaostrzają się najkosztowniejsze polityczne wojny.
Milczenie prezydenta nasila spekulacje wokół sytuacji w PO, a może też ją jeszcze komplikuje. I nie tylko media zachęca do różnych dziwnych kombinacji. Na przykład, czy zamiast Tuska premierem nie mógłby być Schetyna, który po wyborach jako pierwszy widział się z prezydentem. Ustępujący marszałek wcześniej dogadywał się z
SLD. A większość PO-
PSL jest krucha. Gdyby trzeci partner okazał się potrzebny, może liderem nowej koalicji mógłby być ktoś inny niż obecny premier.
Na takie spekulacje rozpętane śniadaniem Schetyny z Komorowskim Tusk odpowiedział śniadaniem z Millerem. Ale na wist premiera z Millerem prezydent może wyciągnąć z rękawa śniadanie z Palikotem, z którym (inaczej niż premier) wciąż ma dobre kontakty. Podobno Schetyna ma w PO 50 wiernych szabel, z którymi szuka porozumienia 20 lub więcej szabel w
PiS. Gdyby Schetyna swoich wyprowadził i dodał nowych z PiS, Tusk musiałby się z nim układać jak z równym. Albo zostałby zmuszony do rozpisania wczesną wiosną wyborów, co najbardziej na rękę byłoby Palikotowi.
Absurd? Tylko na zdrowy rozum, który - jak wiadomo - w polityce nie zawsze przeważa. Ta niepewność sprawia, że wielu polityków po cichu lub w małych grupach ćwiczy rozmaite warianty partyjnych fikołków. Duch niesławnego konwentu św. Katarzyny najnieoczekiwaniej powraca wkrótce po wyborach, które wydawały się empirycznym dowodem skonsolidowania polskiej demokracji. Nawet jeżeli nic z tych fikołków nie wyjdzie, to jak w starym dowcipie niesmak pozostanie.
Zwłaszcza że rumor pod dywanem odgrzewa kosztowne wojenki. Na przykład wojnę o
OFE. Minister finansów wprost wskazuje na obrońców OFE jako inspiratorów medialnej - jak mówi - nagonki przeciw min. Fedak, z którą chciałby pracować w nowym rządzie. To oczywiście znów pogarsza jego stosunki ze sprzyjającą OFE częścią mediów, sektora finansowego, Platformy i rządu. Polityczny koszt nie jest może chwilowo zbyt duży, ale autorytet autorów nagonki dozna pewnie szwanku, a jednocześnie coś jednak zostanie dopisane do politycznego rachunku za reformę, której konieczności nikt poważny już nie kwestionuje.
To wszystko osłabi polityczną siłę nowego rządu, nawet jeśli będzie nim stary rząd z niewielkimi zmianami. Rozumiem, że trwanie starego rządu jest istotną wartością ze względu na sprawy, które ministrowie prowadzą w ramach prezydencji. Ale im prędzej uda się przeciąć przynajmniej te spekulacje, które są całkiem od czapy, tym będzie dla nas lepiej. I tym łatwiej będzie się nowemu rządowi rządziło.