Do "oburzonych" z Wall Street (w
USA znanych jako Ruch 99%) przyszli nie tylko lewicowi artyści (jak Michael Moore), ale też wielcy ekonomiści, jak ojciec chrzestny polskiej transformacji Jeff Sachs. Poparł ich ubiegłoroczny noblista Paul Krugman, pokazując skalę demolującego gospodarkę monstrualnego skoku na kasę, jakiego dokonali ludzie branży finansowej, którzy formalnie tylko pośredniczą w obrocie gotówki i papierów wartościowych. W Ameryce i Francji protestujących popierają też wielcy kapitaliści (ze słynnym guru rynków Warrenem Buffettem na czele). Na stronę oburzonych przechodzą coraz ważniejsi politycy.
To nie są puste słowa. Sachs zaproponował wprowadzenie zakazu finansowania kampanii wyborczych przez biznes (tylko małe datki od pojedynczych osób). Buffett i inni multimiliarderzy coraz głośniej domagają się radykalnie większego opodatkowania bogatych. Przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso zapowiedział projekt odpowiedzialności karnej dla finansistów przekraczających granice rozsądnego ryzyka. Z pozornego chaosu zaczyna się wyłaniać katalog postulatów, wokół których nowy globalny ruch się organizuje (deklaracja ruchu i 21 postulatów polskich "oburzonych": www.15pazdziernika.pl).
Zastanawialiście się, dlaczego ten nowy nurt tak słabo się do Polski przebija? Pierwsza nasuwa się odpowiedź, że to przez "zieloną wyspę". Ale "zielona wyspa" jest wyspą z papieru. Bezrobocie mamy takie jak w Stanach Zjednoczonych. Młodzi Polacy nie tracą mieszkań i domów nie dlatego, że stać ich na obsłużenie kredytów, ale dlatego, że nikt im kredytów nie daje, bo pracują na umowach śmieciowych. A studenci i ci, którzy podostawali kredyty, się nie wychylają, bo biegają z chałtury na chałturę, żeby przeżyć.
Parę milionów Polaków ma dobry powód, żeby protestować, a nie protestują. Podobnie jest w Słowacji, Czechach, Litwie, na Węgrzech, nie mówiąc o Białorusi, Rosji, Ukrainie. Dlaczego? Może częściowo dlatego, że realny socjalizm rozbił więzi i odruchy społeczne. Ale ważniejszy wydaje mi się inny historyczny argument. W USA i zachodniej Europie przetrwała pamięć sensownego demokratycznego kapitalizmu, który budował potęgę wolnego świata, zanim zdominowały go wielkie korporacje i instytucje systemu finansowego oraz zanim "jeden procent" (najbogatszych) stał się praktycznie jedynym procentem korzystającym z owoców
wzrostu gospodarczego.
Polacy (i inni wschodni Europejczycy) tego innego kapitalizmu nie znają. Znają tylko autorytarny socjalizm, który odrzucili i którego powrotu bardzo słusznie się boją, oraz kapitalizm w jego obecnym, korporacyjnym wydaniu. Większości z nas obecny model wydaje się jedyną alternatywą dla nieszczęść, które mamy szczęśliwie za sobą. To nas demobilizuje i skłania do pokornego znoszenia kolejnych pogarszających nasze życie reform oraz konwulsji kryzysu, które rewoltują inne społeczeństwa, a wielu myślących ekspertów oraz polityków Zachodu skłaniają do rewidowania wcześniej wyznawanych poglądów.
Nie namawiam nikogo, by się oburzał i buntował na siłę. To by było bez sensu. Ale namawiam do bardziej uważnego śledzenia tego, co się dzieje i co się mówi oraz pisze gdzie indziej. Nie żeby małpować albo przyjmować na wiarę. Ale żeby przynajmniej częściowo załatać dziurę, którą w naszym doświadczeniu wykopało półwiecze sowieckiej dominacji.