"Mnie osobiście jest bardzo przykro" powiedział ten sam
Donald Tusk dzień później, po śmierci Andrzeja Leppera.
Oba zdania należą do tej samej logiki, retoryki, taktyki, kultury łagodności i wielkoduszności nawet wobec najgroźniejszych i najbrutalniejszych politycznych rywali. W zdziczałym i zbrutalizowanym świecie polskiej polityki jest to niezwykle cenne.
Donald Tusk ma wiele powodów, by czuć niechęć i żal, by szukać rewanżu, by życzyć najgorzej zarówno Lepperowi, jak i Kaczyńskiemu i Ziobrze. Pozornie mamy więc demonstrację niewzruszenie szlachetnej osobowości, wysokiej kultury politycznej, dobrej pedagogiki społecznej uprawianej przez władzę. Super. A jednak kompletnie nie umiem zrozumieć, jakim cudem te dwie szlachetności mogą się ze sobą w jednym człowieku i w tak krótkim czasie skleić.
Bez względu na to, co ostatecznie zdetonowało rozpacz Andrzeja Leppera - choroba syna, kłopoty finansowe, uwiąd partii, marginalizacja czy cokolwiek innego - nie ma powodu wątpić, że nie tylko jego polityczna kariera, ale też życie prywatne i zwykłe poczucie osobistej godności zostały zniszczone przez oszczercze oskarżenia, w które zwalczający go politycy IV RP zaangażowali podległy im aparat państwa. Od tajnych służb i prokuratury po media publiczne i częściowo prywatne.
Gwiazda Leppera gasła, od kiedy wszedł w koalicję z
PiS i
LPR, ale zdmuchnięcie jej było skutkiem wymyślonych w gabinetach władzy fikcyjnych oskarżeń znanych jako "afera gruntowa" i częściowo fałszywych (m.in. ojcostwo dziecka Anety K.), a częściowo niewyjaśnionych oskarżeń o przestępstwa seksualne.
To, że Leppera wykończyła władza, którą sam popierał i nad której nieprawościami przechodził do porządku dziennego, powinno być dla innych polityków otrzeźwiającym memento. To, że mimo zeznań dwóch byłych wicepremierów i byłego ministra spraw wewnętrznych Andrzej Czuma - szef komisji śledczej, poseł rządzącej partii i były minister sprawiedliwości - proponuje w projekcie raportu, by przejść nad tym do porządku dziennego, powinno w głowach wszystkich polityków uruchomić dzwonki alarmowe. Samobójstwo Leppera powinno być dla wszystkich jak głos wielkiego dzwonu ostrzegającego przed kunktatorską pokusą kupowania politycznego spokoju i unikania oskarżeń o mściwość za cenę bezkarności władzy, która upadła pod ciężarem własnych nieprawości.
Demokracja wymaga szlachetności, umiaru i wyrozumiałości. Zwłaszcza w relacjach między wymieniającymi się przecież u władzy elitami politycznymi państwa. Ale wymaga też, by umiar i wyrozumiałość miały wyraźnie zakreślone granice.
Tam, gdzie władza angażuje aparat państwowy, by dla politycznych korzyści wykańczać obywateli (nie tylko konkurentów), na szlachetną wyrozumiałość miejsca być nie może. Nawet gdy ci obywatele mogą być postrzegani jako niebezpieczni nie tylko dla władzy, ale i dla państwa.
Jeśli nie z ludzkiego poczucia sprawiedliwości, to ze świadomości, że nikt nie może być pewny, na kogo następnym razem taka ocena - słusznie lub nie - padnie.