http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Donald Sarkozy czy Barack Tusk?

Tomasz Lis
2010-03-25, ostatnia aktualizacja 2010-03-25 16:08

Jeszcze nie Tusk wszechmogący, ale prawie, prawie, coraz bliżej. W ostatnim dwudziestoleciu nie było w Polsce polityka, który tak dominując politycznie, miałby wielkie szanse, by swą władzę jeszcze poszerzyć, już zdominowanych konkurentów pogrążyć w rozpaczy, a partyjnych kolegów skazać na składanie mu hołdów

Tomasz Lis
Tomasz Lis
Hiperbola to słowo, którym w redakcjach tabloidów nazywa się zgrabnie nadużycie, ale trzeba oddać sprawiedliwość dziennikowi "Fakt", że hiperbola z jego wtorkowej okładki była zdecydowanie bliższa realiom niż nadużyciu - tytuł "Tusk wszechmogący" i obrazek anielsko uśmiechniętego premiera z marszałkiem Komorowskim na jednej ręce i protekcjonalnie pogłaskującego drugą ręką równie rozanielonego jak marszałek ministra Sikorskiego.

Jeszcze nie Tusk wszechmogący, ale prawie, prawie, coraz bliżej. W ostatnim dwudziestoleciu nie było w Polsce polityka, który tak dominując politycznie, miałby wielkie szanse, by swą władzę jeszcze poszerzyć, już zdominowanych konkurentów pogrążyć w rozpaczy, a partyjnych kolegów skazać na składanie mu hołdów.

Aleksander Kwaśniewski, gdy został prezydentem, miał przyjazny sobie rząd, ale ponieważ pochodził z politycznego nieprawego łoża, nie miał na europejskich i waszyngtońskich salonach legitymacji, którą Tusk ma. Jarosław Kaczyński miał urząd premiera, składającego mu meldunki prezydenta i trudną, ale jednak sejmową większość, w Europie uchodził jednak za czarnego luda, a w kraju rządził przez dokręcanie wszystkich śrubek tak, że gwinty musiały puścić. I puściły.

Polska polityka jest dziś u stóp Tuska i na jego rozkazy. Prezydent Kaczyński sprawia wrażenie kończącego kadencję, jak to mówią Amerykanie, lame duck, czyli nomen omen, spadającej kaczki. Śniący o prezydenturze Bronisław Komorowski i Radosław Sikorski wiedzą, jak odpowiadać na serialowe pytanie: i kto tu rządzi?

Opozycja przy okazji debaty o dwuleciu rządów Platformy nie potrafi nawet udawać, że jest w stanie choćby uszczypnąć premiera, a gdy ten grozi jej wyginięciem podobnym do dinozaurów, politycy PiS i SLD sprawiają wrażenie, że owa wizja ich nie wścieka, tylko swą realnością przeraża. Koalicyjny PSL wierzga, ale nikt nie bierze tego poważnie.

Tusk dzieli, rządzi i panuje. A to wcale nie musi być apogeum jego władzy. 23 grudnia, w dniu zaprzysiężenia nowego prezydenta, premier może zdobyć kontrolę nad całą władzą wykonawczą. A wtedy , a wtedy zacznie się dla niego czas prawdziwej próby.

Tusk, kontrolując władzę wykonawczą i ustawodawczą, z realną perspektywą, że kontrola nad tą drugą w przyszłym roku jeszcze się wzmocni, znajdzie się w sytuacji, w której od prawie trzech lat jest prezydent Sarkozy i w której od ponad roku z okładem jest prezydent Obama. I tu mogą zacząć się schody. Pisowsko-Kaczyńskie alibi przestanie istnieć, pełnia władzy, pełnia odpowiedzialności. Nadejdzie wtedy dla Tuska czas udzielenia Polakom definitywnej odpowiedzi na pytanie: po co tak naprawdę rządzi PO? Bo, że potrafi zdobyć władzę i ją utrzymać, to już wiemy. Ale co potrafi z nią zrobić?

Po prawie 30 miesiącach rządów PO Polacy czują się w swoim państwie bezpiecznie. Ale czy ich życie w jakimkolwiek sensie zmieniło się na lepsze? Czy rząd rozwiązał którykolwiek z cywilizacyjnych problemów Polski, a przynajmniej czy zbliżył się choćby o krok do ich rozwiązania? Czy gabinet Tuska to dream team, czy drużyna przeciętna, którą bez żadnego bólu, a może i z zyskiem, można by już jutro w komplecie zastąpić członkami nowo powstałej rady doradców premiera?

Premier dość alergicznie reaguje na słowo "wizja", ale o tę wizję należy go pytać. Albo, skoro słowa "wizja" nie lubi, pytać go o to, co chce po sobie zostawić. Bo przecież zapewne coś więcej niż tytuł wybitnego rozgrywającego i politycznego dominatora. Po brnącym w rozmaite didaskalia władzy Sarkozym niedługo może nie zostać nic. Dla odmiany prezydent Obama stoczył monstrualną polityczną batalię, by przeforsować w Kongresie najbardziej ambitny w Ameryce projekt socjalny ostatniego półwiecza - powszechne ubezpieczenie zdrowotne dla wszystkich Amerykanów.

Chciałbym wierzyć, że premier Tusk nie uważa Obamy za nierozsądnego ryzykanta, ale zazdrości mu determinacji, sukcesu, i historycznej zasługi. Chciałbym wierzyć, że nie tylko zazdrości, ale jest w stanie pójść podobną drogą. Warto, by myślał o tym dziś, kiedy jest jeszcze wszechmogący.

  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':