Ewentualna, dość prawdopodobna, przegrana Radosława Sikorskiego w prawyborach w Platformie Obywatelskiej wpłynie na prezydencki wyścig nie tylko w oczywistym sensie personalnym. Na placu boju z szansami na zwycięstwo pozostaną wyłącznie kandydaci tego samego pokolenia. Z całą pewnością nie będą więc to wybory przełomowe, a w każdym razie nie będą one przełomowe w sensie generacyjnym
Osią sporu w przełomowych wyborach najczęściej jest przeciwstawienie przyszłości przeszłości, młodości wiekowemu zaawansowaniu, energii i pasji doświadczeniu, ale i skostnieniu. Tak było w Polsce w wyborach Wałęsa - Kwaśniewski, a w Ameryce w konfrontacji Kennedy'ego z Nixonem, Clintona z Bushem i Obamy z McCainem. Prawdziwy przełom jest niemal zawsze przełomem pokoleniowym i przynosi to, co JFK nazwał "przekazaniem pałeczki nowej generacji liderów". U nas, o czym zapewne będą nas przekonywali Bronisław Komorowski,
Jerzy Szmajdziński i Andrzej Olechowski, wystarczającym przełomem byłoby pozbawienie prezydentury brata szefa
PiS-u. W porządku. Ale jeśli którykolwiek z nich wygra, w sensie generacyjnym będzie to swego rodzaju kolejna kadencja Lecha Kaczyńskiego. Zajrzyjmy głównym kandydatom do metryki. Andrzej Olechowski - 63 lata,
Lech Kaczyński - 61 lat, Bronisław Komorowski i Jerzy Szmajdziński po 58 lat. Pierwsi trzej już są dziadkami, kolejni dwaj zapewne wkrótce nimi będą. Nic przeciw dziadkom, broń Boże. Idzie o coś innego. Kandydaci w tym wieku raczej budzą szacunek niż pasję, raczej gwarantują ciągłość niż odmianę. Mogą zdobyć raczej sympatię młodych, niż wywoływać w nich entuzjazm. Jakie to rodzi konsekwencje? Dwojakie. Skutek pierwszy - zapewne obniżona frekwencja wśród młodzieży. Skutek drugi - ewentualna, a dość prawdopodobna porażka Radosława Sikorskiego będzie niemal gwarancją, że w polskiej polityce będziemy mieli już nie tylko pięciolatkę, ale niemal dekadę Donalda Tuska. I to nie tylko dlatego, że Tusk zapewne przez następne lata pozostanie premierem. Jest on i będzie politykiem dominującym także dlatego, że na szczytach państwa pozostanie najmłodszym i najbardziej dynamicznym.
Porażka Sikorskiego byłaby więc definitywnym pożegnaniem się z promowaną przez niego "koncepcją tandemu". W naszym pojeździe będzie tylko jeden kierowca i tylko jeden rozgrywający.
Młodość bywa w kampaniach potężnym atutem, bywa jednak także, jeśli kandydat popełnia błędy, potężnym problemem. Młody, a w każdym razie młodszy, Sikorski rozpędzał się naprawdę solidnie, zanim sam wsadził sobie kij w szprychy. Owym kijem były słowa o "prezydencie zgrywającym zucha", który "może być niski, ale nie mały" i - jak wisienka na kiepskim torcie - skandowanie "były prezydent Lech Kaczyński". Dziś
Radosław Sikorski mówi: "zagalopowałem się". No właśnie, gdy zagalopuje się kandydat około sześćdziesięcioletni, jest to świadectwem jego werwy, gdy czyni to czterdziestolatek, daje świadectwo swej niedojrzałości i "nieprezydenckości". Słusznie, niesłusznie, nieważne, kwestia percepcji. Od czasu wiecu w Bydgoszczy Bronisław Komorowski mógł już spokojnie traktować rywala dość protekcjonalnie. I tak czynił. Karcił go za bydgoski galop albo rzucał hasło: "Wyluzuj, Radku" (a propos zarzutów o opóźnianie sejmowej debaty o polityce zagranicznej).
Na dodatek Komorowski rozsądnie gospodarował tym, co w kampanii i w szachach jest kluczowe - czasem. Inna sprawa, że było mu o tyle łatwiej, iż grał raczej u siebie niż na wyjeździe, przy raczej sprzyjającej sobie publice, a mecz sędziował sędzia, który raczej nie chciał mu utrudniać zadania.
Zamiast prezydentury "40 plus" będziemy więc mieli zapewne prezydenturę generacji "X plus 40". Czy to źle? Niekoniecznie. Raczej po prostu po staremu.
P.S. W swoim ostatnim programie sugerowałem, że minister Sikorski wciąż ma brytyjskie obywatelstwo, bo nie można się go pozbyć. Informacja, na której się opierałem, okazała się dezinformacją. Pana ministra przepraszam.