Przyznam szczerze, zasmuciło mnie w ostatnich dniach dwoje ludzi, których szanuję - Justyna Kowalczyk i Artur Domosławski. W tym drugim przypadku nawet bardzo lubię, bo człowieka znam. Pani Justyna postanowiła powiedzieć całą prawdę o narciarce Bjorgen. Artur Domosławski napisał całą prawdę, żadne tam fiction - o Ryszardzie Kapuścińskim. Co do szczerości i uczciwości obojga, tzn. Kowalczyk i Domosławskiego, nie mam żadnych wątpliwości. Pani Justyna z całą pewnością uważa, że to leki brane przez Norweżkę z powodu wirtualnej astmy dały Bjorgen dwa złote medale. Artur Domosławski z całą pewnością podszedł do tematu "Kapuściński" z dziennikarską uczciwością. Mówię z całą pewnością na podstawie wywiadów z autorem, fragmentów książki i tej jej części, którą już przeczytałem. Justyna Kowalczyk jest szczera do bólu, nie kryguje się, nie mizdrzy się, wali między oczy, co jej leży na sercu, nie tylko w sprawie Bjorgen. W każdej sprawie. Artur Domosławski, to widać już na pierwszy rzut oka, dochował wszelkiej staranności, sprawdził wszystko, co się dało, i rozmawiał, z kim się dało. Kowalczyk wywaliła bez ogródek, co myśli o sukcesach innej narciarki. Domosławski wykonał wielką i metodyczną pracę, by nakreślić prawdziwy portret wielkiego polskiego dziennikarza i pisarza. No to w czym problem? Ano w tym, że mam wielkie wątpliwości, czy akurat Kowalczyk powinna była mówić to, co powiedziała, i czy akurat Domosławski powinien pisać ową prawdziwą książkę o Kapuścińskim, choć literalnie rzecz ujmując, miał do tego, jako przyjaciel Kapuścińskiego i świetny dziennikarz, być może lepszy tytuł niż inni.
Justyna Kowalczyk nie powinna mówić tego, co powiedziała, bo z Norweżką przegrała, nasuwa się więc, nawet jeśli niesłuszne, to nie nielogiczne podejrzenie, że odreagowywała złość po porażce. Artur Domosławski chyba jednak nie powinien pisać takiej książki jak ta, którą napisał, bo skoro mówi o Kapuścińskim "mentor", "przyjaciel", "Rysiek", to powinien zapytać sam siebie, czy takiej książki Rysiek by chciał. Pytanie retoryczne. I musi się on liczyć z pytaniem, czy napisałby taką książkę za życia Ryśka. Chyba też retoryczne. Kapuściński dopuścił Domosławskiego do swojego świata, co z jednej strony dało mu dostęp do opisywanego teraz bohatera, ale być może powinno jednocześnie go przed tym opisywaniem powstrzymać. Brutalnie rzecz ujmując, Kowalczyk może mieć rację. Naszprycowana lekami na astmę Norweżka być może właśnie dzięki nim wygrała. Domosławski z kolei namalował pewnie prawdziwszy portret Kapuścińskiego niż jakikolwiek, jaki powstał wcześniej. W obu wypadkach mamy więc nie problem przesłania, ale "przesyłającego". Generalnie rzecz ujmując, warto walczyć z dopingiem w sporcie. Generalnie rzecz ujmując, warto pisać prawdę. Tylko czasem jest tak, że niektórzy mają do tego ciut mniejsze prawo. Czasem to "ciut" jest całkiem duże, a nawet ogromne.
Ja się zgadzam, że w sprawie dopingu prawdę walić trzeba między oczy. Zgadzam się też z Domosławskim, że nie przyzwyczailiśmy się w Polsce do rzetelnych, przejmująco szczerych biografii ludzi. Zgodziłbym się nawet z Domosławskim, gdyby powiedział, że czasem warto zdrapać lukier z pomnika, zanim jakiś demagog pomnik przewróci. Pójdę dalej. Kowalczyk, krzycząc o dopingu, być może pomogła sprawie walki z dopingiem, a Domosławski, pisząc o Kapuścińskim, paradoksalnie pomógł mitowi Kapuścińskiego. Mam tylko wątpliwości, czy Kowalczyk pomogła Kowalczyk, a Domosławski Domosławskiemu.
Mam problem z Kowalczyk i z Domosławskim, bo oboje podziwiam. Kowalczyk nie jest gwiazdeczką sezonu, ale wspaniałą sportsmenką, która osiąga sukcesy tytaniczną pracą. Domosławski od czasu, gdy po korytarzach sejmowych ścigaliśmy polityków i newsy, wykonał chyba większą i bardziej imponującą pracę niż ktokolwiek z naszego pokolenia dziennikarzy. I dlatego od obojga wymagałbym więcej od innych. W pierwszym wypadku zdecydowanie więcej klasy, w drugim - zdecydowanie więcej powściągliwości.