http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Praamory w Platformie

Tomasz Lis
2010-02-18, ostatnia aktualizacja 2010-03-25 16:14

Bezprecedensowy i egzotyczny charakter mają prezydenckie preprawybory w Platformie Obywatelskiej. Przypominają one konkurs piękności z jednym jurorem, w którym jedyni dwaj kandydaci do tytułu, chcąc zapewnić sobie przychylność jurora, podkreślają, jak niewiele warta jest korona Miss

Tomasz Lis
Tomasz Lis
ZOBACZ TAKŻE
Prawybory przez internet? Cóż, jakoś przez przypadek obaj główni kandydaci od wielu dni zdają się mówić nie do ludzi na platformie, ale do sternika platformy.

Platforma sprawia wrażenie, jakby do logicznego końca chciała doprowadzić dzieło podjęte cztery lata temu przez Lecha Kaczyńskiego. Podczas gdy prezydent wykonał metodyczną pracę, by swój urząd umniejszyć, czyniąc z niego wielokrotnie bastion swej ulubionej partii, PO tę robotę chce dokończyć, udowadniając, że urząd ten jest po prostu średnio ważny. Dość smutne jest obserwowanie, jak kandydaci na kandydata starają się przypochlebić jurorowi Tuskowi. I tak jak na wyborach kandydatki pytane o to, co robiłyby jako miss, kłaniają się oczekiwaniom jury, mówiąc, że poświęciłyby się globalnemu ociepleniu i głodnym dzieciom, tak w preprawyborach kandydaci trafnie odczytują pragnienia głównego jurora i promotora.

Na początek pada więc obowiązkowa deklaracja, że chcą uwolnić Polskę od Kaczyńskich (ewentualnie od polityki haków). Brawo. Po punkcie. Następnie należy złożyć ślubowanie, że w roli prezydenta absolutnie nie będzie się miało jakichś własnych aspiracji. Tu pada stwierdzenie o tandemie, ewentualnie zobowiązanie się do pomocy rządowi. Brawo. Po punkcie. Potem obowiązkowe zapewnienie, że kandydat jest oczywiście za osłabieniem prezydenckiego veta. Brawo. Po punkcie. Nawiasem mówiąc, owo zapewnienie jest solidnie sprzeczne z obowiązkowymi deklaracjami o tym, jak złym prezydentem jest Lech Kaczyński. Jak rozumiemy, jest zły, bo przeszkadza i wkłada kij w szprychy. Wkłada go, wetując to, czego wetować nie powinien. Rozumiemy więc, że obaj kandydaci na kandydatów chcieliby tę praktykę zmienić i nie wetować tego, czego wetować się nie powinno, czyli niczego. Mówią nam więc, że zachowywaliby się odpowiedzialnie. Ale skoro tak, to po diabła osłabiać weto? Logiczne wytłumaczenie jest jedno. Należy je osłabić na wypadek, gdyby obecny kandydat na kandydata już jako prezydent bryknął. Bo obaj mówią wprawdzie, że nie brykną, ale kto tam wie, co im do głowy przyjdzie, jak już zostaliby wybrani.

Tak czy owak, rozgrywający się na naszych oczach seans, który złośliwie można by nazwać praamorami bez preerekcji, jest niezwykły. Ludzie przymierzający się do najważniejszego jednak urzędu w państwie i do sprawowania jedynej funkcji pochodzącej z powszechnych i ogólnokrajowych wyborów zapewniają, że żaden z nich nie chce być pierwszym obywatelem kraju, a gdzieżby znowu, Broń Boże, lecz co najwyżej pomocnikiem pierwszego ministra. Żadnego wielkiego projektu politycznego, żadnej wizji, jedynie zaloty. Oczywiście do najwyższego jurora.

Kandydaci na kandydatów wiedzą oczywiście, że mają szanse wyłącznie pod warunkiem, iż przekonają jurora, że jego supremacja jest niepodważalna, a jego projekt zmian w konstytucji jedynie słuszny. Tyle że owa jedynosłuszność jest banalnie łatwa do podważenia. Czy proponowany przez premiera Tuska projekt byłby równie słuszny, gdyby premierem był dziś Jarosław Kaczyński, a prezydentem Donald Tusk? Nie, wtedy byłby całkowicie niesłuszny, a silne weto chroniłoby nas przed ekscesami kaczyzmu. A skoro tak, to widać jak na dłoni, że nie o żaden dojrzały konstytucyjny koncept idzie, ale o projekt doraźny, którego prawdziwym celem jest ugruntowanie jednowładztwa Donalda Tuska. I to wystarczy, by projekt uznać za zły. Nie dlatego, że idzie o Tuska, ale dlatego, że nonsensowny jest pomysł na lata skrojony pod konkretne osoby, które może i za lata będą rządzić, a może i nie. Nie ma najmniejszego powodu, by dawną zasadę "partia kieruje, rząd rządzi" zastępowała nowa "premier kieruje, prezydent wykonuje".

Pozostaje nadzieja, że kandydaci zdecydowanie zmienią swoją optykę, gdy z nominacją w kieszeni przypomną już sobie, że startują w konkursie, w którym jury nie jest jednoosobowe, ale składa się z parunastu milionów ludzi, oraz że przysięgę będą składać nam, a nie premierowi Tuskowi.

  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    14 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':