Radosław Sikorski słusznie zrobił, definitywnie wchodząc do
gry o tytuł kandydata PO w wyborach prezydenckich. Zamiast w milczeniu czekać na nieuchronnie negatywny werdykt aktywu Platformy, czytaj Donalda Tuska, postanowił premierowi rzucić wyzwanie. Oto moje atuty, możecie je odrzucić, ale wiedzcie, co odrzucacie. Sęk w tym, że to, co w oczach prekandydata Sikorskiego byłoby atutem prezydenta Sikorskiego, niekoniecznie jest argumentem dla Tuska, aby Sikorskiego poprzeć.
Mówi Sikorski, że tandem Tusk - Sikorski przyniósłby percepcyjny przełom, jeśli idzie o wizerunek Polski na świecie. Cóż, ważniejsza niż percepcja świata jest w tym momencie percepcja, jaką ma szef rządu. Po pierwsze, czy naprawdę pragnie on tandemu, czyli układu, w którym dwóch pedałuje razem, zgodnie, na równych prawach, dzieląc się po równo każdym zwycięstwem? I po drugie, czyż przełom wizerunkowy nie nastąpił już ponad dwa lata temu, gdy władzę przejęła Platforma? Tak słyszeliśmy wiele razy i od Tuska i od Sikorskiego. Czy idzie o przełom jeszcze bardziej przełomowy? Czy elementem wielkiego przełomu nie był fakt, że Polska jest ową "zieloną wyspą"? Tę zasługę Tusk przypisuje sobie. Czy miałby się tą zasługą i innymi, podobnymi, dzielić z kimś innym? Premier z pewnością zadałby sobie, odpowiadając na to pytanie, jeszcze inne, mało subtelne - "a niby po co"? Owszem, polityczne pary czasem spełniają rolę wizerunkowego koła zamachowego. Bill Clinton i Al Gore byli w podobnym wieku, mieli podobne poglądy i w duecie symbolizowali przełom po 12 latach rządów Republikanów. Jednak z natury układu prezydent - wiceprezydent wynikała niekwestionowana supremacja tego pierwszego. Duet Blair - Brown był motorem napędowym Partii Pracy odzyskującej władzę po kilkunastu latach rządów konserwatystów, ale rywalizacja między nimi zaczęła się niemal nazajutrz po ich przeprowadzce na Downing Street. Mer Paryża Jacques Chirac zgodził się, aby premierem Francji został Eduard Balladur tylko po to, aby dwa lata później zobaczyć, że jego protegowany chce mu odebrać prezydenturę. Zgoda, przykłady z innej bajki i nie do końca przystające do sytuacji w Polsce i w Platformie, ale potwierdzające jedną prawidłowość. W polityce duety, czy jak chce Sikorski, tandemy, nie sprawdzają się. Żaden polityczny tandem nie jest w stanie znieść dwóch wielkich ego. Chyba że tandem bliźniaków, ale i tu, jak pewna historia wykazuje, wychodzi on bokiem pedałującym.
Donald Tusk mówi wyraźnie - chce prezydenta mało aktywnego. Czy jeszcze nie 50-letni Sikorski to najlepszy kandydat do wręczania nominacji sędziowskich, przecinania wstęg i spotkań z dziatwą w Dniu Dziecka? Bo przecież minister, jak sam podkreśla, z weta korzystać raczej nie chce. Oczywiście, Sikorski dziś swe ambicje przykrawa do wyobrażeń Tuska o najlepszym dla premiera prezydencie. Jednak już w dniu, w którym zostałby kandydatem, nie mówiąc o dniu, w którym składałby przysięgę, przykrawałby swe działania do swych ambicji, a nie ambicje do oczekiwań Tuska. Tusk miałby swoje szczyty Unii Europejskiej, spotkania z kanclerz Merkel czy z premierem Putinem. Ale Sikorski miałby szczyty NATO plus spotkania z prezydentami Obamą, Miedwiediewem, Hu Jintao czy Sarkozym. I absolutnie chciałby na tych instrumentach zagrać. Oj, jaką mielibyśmy między prezydentem a premierem szorstką przyjaźń. A bardzo by się ona "uszorstkowiła", gdy Tusk czytałby wycinki z zachodniej prasy opiewające triumfy nowego polskiego prezydenta, których wygenerowanie, z oczywistych względów, nie stanowiłoby dla Sikorskiego najmniejszego problemu.
I jeszcze jedno. Kandydatem PO na prezydenta zostanie ten, kto w oczach Tuska ma mniejsze zadatki na Brutusa. Jakby to było, gdyby rząd wpadł w tarapaty? Kto podałby Tuskowi pomocną dłoń, a kto, hm...dorzynałby watahy. Minister Sikorski podkreśla, że nie o PiS-owskich watahach wtedy mówił. No właśnie.
Premier Tusk podejmie więc decyzję nie według tego, kto by w tandemie najładniej z nim wyglądał, ale na podstawie tego, kto da mu gwarancję, że nie włoży mu kija w szprychy.