W swoim programie miałem czelność zająć się brukowcami (pierwszy naczelny "Super Expressu" nazywa je tak bez ogródek). No i zaczęło się. "Fakt" zapytał dramatycznie, czy to w porządku, że na Lisa zrzucają się emeryci, pielęgniarki i policjanci. No pewnie, że nie w porządku. Kilka dni wcześniej "Fakt" napisał, że "Lis dla TVP zarabia krocie", a jeszcze wcześniej, że w zeszłym roku mój program zarobił dla TVP 22 mln zł. No, ale to była prawda wtedy. Teraz trzeba poszczuć, więc prawda jest inna.
Ale kanonada trwa. "Super Express" poświęcił rzeczonemu programowi trzy bite strony. Słowo "bite" jest jak najbardziej na miejscu, bo o pobicie tu idzie. No i mamy imponującą listę zarzutów. "Lis nie zaprosił przedstawicieli tabloidów". Zaprosił wprawdzie siedmiu przedstawicieli prasy kolorowej, tyle że wszyscy odmówili. "Lis wykorzystał telewizję do swej prywatnej wojny". Za serię kłamstw i oszczerstw wytoczyłem "Super Expressowi" proces, ale o tej sprawie w programie nie mówiłem właśnie po to, by nie prywatyzować wielkiego problemu. Nie padło ani słowo o naruszaniu moich ani czyichkolwiek dóbr osobistych przez "Super Express", nie padło nawet słowo "Super Express". Tę sprawę rozstrzygnie sąd. Choć rozumiem, że redakcja poczuła się wywołana do odpowiedzi, skoro goście w programie mówili o kłamstwach brukowców. Dyskusja była o tzw. prasie bulwarowej, a nie o "Super Expressie", więc zaprosiłem przedstawicieli największych wydawców kolorowej prasy. Za skomplikowane, żeby zrozumieć? Rozumiem, że gdyby ktoś z mojej rodziny padł ofiarą błędu lekarskiego, nie mógłbym robić programu o błędach lekarskich, a gdyby pirat drogowy rozwalił mi samochód, nie mógłbym robić programu o piratach drogowych, bo przecież byłbym stroną sporu. Co dalej? Nie powiedziałem w programie, że jeden z gości reprezentuje mnie w sporze prawnym z "Super Expressem". Tylko, drobiażdżek, adwokat ten jest wybitnym ekspertem w dziedzinie praw osobistych, a o mojej sprawie, jako się rzekło, nie mówił. Jeśli ktoś jest adwokatem w procesach z brukowcami, to nie może być ekspertem w sprawie brukowców, ot taka expressowa, niestety nie super logika.
Abstrahuję od tego, że całkiem zabawne jest, gdy na straży prawa i etyki dziennikarskiej staje przedstawiciel tytułu, który po kolejnych przegranych procesach notorycznie przeprasza w swej gazecie za naruszenie czyichś dóbr osobistych, czyli za złamanie prawa i zasad etyki dziennikarskiej. Na tej zasadzie paser może robić wykłady o uczciwości w biznesie, a pedofil o ochronie praw dzieci. Obok relacji z łamania przez Lisa zasad etyki zdjęcie byłej pierwszej damy kupującej żyletki i pytanie: "Czy Kwaśniewska się goli?". Jak na ekscesy tego brukowca to w istocie wersja soft. Tak czy owak, oczekujemy teraz superexpressowej lekcji savoir vivre'u.
Dobrzy ludzie, także goszczący na tych łamach, byli absolutnie przerażeni, gdy dowiedzieli się o temacie mojego programu. "Z nimi nikt nie wygra, przecież to gangsterzy", "oplują cię i obrzucą błotem", "nie rozumiesz, że gdy padnie słowo o fabryce kłamstw, odpowiedzią będzie lawina kolejnych kłamstw?", "im zależy tylko na kasie i rozstrzelają każdego, kto mówi o tym, jak funkcjonuje cały ten proceder". Rozumiem. Ale rozumiem też efekty działalności tzw. tabloidów. Oszczerstwa, półprawdy i zwykłe kłamstwa wylewają się gdzie popadnie, także do gazet poważnych, zapaskudzony jest internet, zbrutalizowana cała debata publiczna. Kłamstwo triumfuje, bezkarni kłamcy liczą zyski. Tym swądem nasiąkamy wszyscy, a pytanie o kształt całego naszego życia publicznego staje się banalne, biorąc pod uwagę nieuchronność skutków tego, co się dzieje. Ale oczywiście można zatkać nos. Problemu nie będzie.
A może go nie ma? Pan Wojciech Giełżyński mówi w tabloidzie, że "tabloidyzacja nie jest problemem, zresztą media najmniej tabloidowe najszybciej plajtują". Jasne, publikacja na pierwszej stronie brukowca zdjęcia wielokrotnie zgwałconej czternastolatki to nie jest żaden problem. Ten pan uczy młodych ludzi dziennikarstwa. No to wiemy, czego oczekiwać w przyszłości.