Budząca wiele dyskusji książka Jana Tomasza Grossa "Strach" jest dziełem ważnym, które nie tylko zmusza do zastanowienia się nad kondycją Polaków w latach 40., ale też wiele mówi o naszej dzisiejszej świadomości. Wykazywanie uchybień w tej książce, by podważyć cały wywód Grossa, odsłania postawę obronną - odmowę przyjęcia do wiadomości faktów, które burzą czarno-biały obraz tamtej rzeczywistości. Ta dyskusja wpisuje się w wytworzony w ostatnich latach zmitologizowany obraz polskich postaw i podziałów w latach 40. I w latach późniejszych.
Holocaust i bierni świadkowie
Sens wydarzeń i epizodów przedstawionych przez Grossa jest trudny do zakwestionowania przy użyciu metod właściwych do badań historycznych. Sporne są za to uogólnienia - zbyt daleko idące - a także brak szerszego kontekstu opisywanych zjawisk.
W polskiej wersji "Strachu" pominięto rozdział ukazujący okupację w Polsce w innych aspektach niż Holocaust. To opuszczenie zawęża perspektywę - nie pozwala ukazać ani grozy, ani demoralizującego wpływu okupacji niemieckiej i nazistowskiej propagandy na polskie społeczeństwo, zasięgu polskiego oporu i skali polskiego męczeństwa. A także rozbicia naturalnej polskiej warstwy przywódczej, co ogromnie sprzyjało anarchizacji społecznej, erozji wzorców zachowań i moralności itd.
Na brak owego kontekstu zwróciło uwagę wielu recenzentów. Rzadziej natomiast mówi się o braku innego kontekstu. Gross zrezygnował z omawiania narastającej w dwudziestoleciu międzywojennym fali antysemityzmu, który wylewał się z prasy prawicowej (endeckiej) i pism kościelnych.
Wydana dziesięć lat temu fundamentalna monografia Anny Landau-Czajki "W jednym stali domu... Koncepcje rozwiązania kwestii żydowskiej w publicystyce polskiej lat 1933-1939" przeszła niezauważona. A bez wiedzy o treściach sączonych szeroko przez prasę, upowszechnianych na wiecach, realizowanych w akcjach bojkotowych czy w czasie takich ekscesów jak słynny marsz Doboszyńskiego na Myślenice, nie sposób zrozumieć tych postaw wobec współobywateli żydowskich, jakie opisuje Gross.
Ta sama Landau-Czajka w kolejnej monografii "Syn będzie Lech... Asymilacja Żydów w Polsce międzywojennej" ukazuje, jakie bariery stawały przed Żydami, którzy asymilowali się do polskości. W szerokim odczuciu nie byli uznawani za Polaków - nawet jeśli biegle mówili po polsku, ochrzcili się, nawet jeśli byli twórcami polskiej kultury. Właśnie ich ze szczególną zaciekłością atakowali polscy nacjonaliści.
Przytaczane przez Grossa liczne świadectwa z różnych regionów (głównie z Podlasia i Kielecczyzny) ukazują, że podczas eksterminacji Żydów ludność wsi i miasteczek nie uczestniczyła czynnie w zbrodni, ale nie była też obojętna. Inicjatywę przejmowała łobuzeria i kołtuneria, która kibicowała wywózce i naigrawała się z ludzi prowadzonych na śmierć. Zdarzały się też przypadki mordowania zbiegów z kolumn. Miejscowa społeczność nie potępiała owych łobuzów, nie izolowała ich, a przeciwnie - szła ich śladem. Opisywana przez Grossa polska społeczność małomiasteczkowa i wiejska na ogół nie okazuje współczucia Żydom, chętnie natomiast zagarnia ich jeszcze ciepły majątek, niekiedy też wyłudza dobra na zasadzie: "Wam to się już nie przyda".
Obraz ludzi zdziczałych moralnie, którzy kibicują eksterminacji i rozgrabiają mienie mordowanych, jest przerażający. Niestety, potwierdzają go meldunki z niektórych przynajmniej miejscowości, a nawet prasa AK.
Wobec kwestii żydowskiej Polska Podziemna była głęboko podzielona. W imię utrzymania jedności wobec okupanta demokratyczna część Polski Podziemnej zajęła postawę defensywną wobec prawicy nacjonalistycznej. Defensywną nie tylko wobec antysemickich i nacjonalistycznych odłamów konspiracji, ale też wobec moralnego zdziczenia wielu środowisk małomiasteczkowych i wiejskich.
Narzucenie autorytetu i przywództwa przez podziemie odbywało się kosztem przymykania oczu na te przejawy kolaboracji, które nie były wymierzone wprost w konspirację i polskich etnicznie współobywateli. Holocaust traktowano więc jako kwestię drugorzędną, "nie naszą", której podniesienie groziło podziałami i konfliktami w społeczności etnicznie polskiej. O tym, że tak właśnie było, świadczą tysiące dokumentów wydrukowanych lub omawianych w tomie "Polacy i Żydzi pod okupacją niemiecką 1939-1945" wydanym - znów bez rozgłosu i dyskusji - przez IPN w 2006 r.
Nie sposób w tym miejscu nie postawić pytania: gdzie w tym momencie był Kościół? Jest prawdą, że pod okupacją niemiecką cierpiał wielkie prześladowania. Spośród 10 tys. księży blisko 2 tys. zginęło, 1,4 tys. Niemcy wywieźli do obozów. Duchowieństwo nie mogło swobodnie komunikować się z wiernymi. Niektórzy księża i niektóre zakony mają wielkie zasługi w ratowaniu Żydów.
Te niewątpliwe fakty nie wyczerpują jednak problemu. W ramach elementarnego nakazu piątego przykazania ci biskupi i proboszczowie, którzy zostali na swych stanowiskach, powinni wiedzieć, co mówić wiernym - choćby i niepublicznie - jak odnosić się do łobuzerii, grabieżców, szmalcowników. Tymczasem brak wiadomości o potępieniu ludzi, którzy jawnie wykraczali przeciw przykazaniu: "Nie zabijaj". Brak świadectw, by duchowieństwo potępiało lub choćby hamowało agitację antysemicką uprawianą w endeckich pismach konspiracyjnych. Raczej odwrotnie, narodowcy cieszyli się uznaniem i sympatią jako prawowierni katolicy.
Wszystko to wydarzyło się, zanim jeszcze walec Armii Czerwonej wtoczył się na ziemie polskie.
Schemat żydokomuny, która objęła rządy w Polsce, brał się nie tyle z doświadczeń empirycznych, ile ze schematu upowszechnionego w latach międzywojennych. Tłumaczył on rzeczywistość w sposób klarowny, niewymagający łamania sobie głowy nad skomplikowanymi przyczynami podziałów społecznych.
Gross ukazuje, że aparat władzy komunistycznej w ogromnej większości zasilali etniczni Polacy ze wsi i małych miasteczek. Studia o formowaniu się urzędów bezpieczeństwa i komórek administracji w latach 1944-45 dowodzą, że szli do nich chłopscy synowie z AL, ludzie z marginesu wiejskiego i małomiasteczkowego, bezrobotni i bezrolni, nadpobudliwi, nieprzystosowani, żądni mocnej przygody. Owszem, wśród związanej z władzą inteligencji, wyższych urzędników i wyższych oficerów UB nadreprezentowani byli komuniści pochodzenia żydowskiego. Ale ubekami, agitatorami i lokalnymi dygnitarzami w 90 proc. byli chłopcy z ludu. Wśród oficerów UB oskarżanych o stosowanie wymyślnych tortur, a w latach 90. sądzonych w procesie Humera i towarzyszy, przeważają nazwiska chłopskie.
Ten fakt jest jednak często wypierany ze świadomości - za to coraz częściej stawiana jest teza, że to właśnie prosty lud był fundamentem antykomunistycznego oporu. Ta teza ma wartość jedynie konstrukcji ideologicznej - nie wytrzymuje w starciu z faktami.
W ówczesnym społeczeństwie polskim chłopi stanowili 70 proc. Występowały wśród nich różne postawy - wieś Małopolski popierała ruch ludowy, wieś Podlasia sympatyzowała z partyzantką narodową, wieś Lubelszczyzny była głęboko podzielona na ludowców i endeków, silne były tu także wpływy komunistów.
Trzeba też pamiętać, że na wsi silne były postawy zamknięcia, izolacji wobec "obcych", wrogości wobec zmian, trzymania się własnych, utrwalonych wierzeń, schematów i wyobrażeń. One rzeczywiście tworzyły warstwę oporu i immunizowały na wpływy komunistyczne, zapewne bywały też podstawą niechęci do tych synów wiejskich, którzy poszli do administracji czy milicji (bo wynieśli się ponad społeczność lokalną, sięgali po władzę nad nią). Niemniej jednak - powtórzmy - ogromna większość aparatu władzy PRL, aktywistów różnych szczebli, oficerów UB i wojska to dzieci robotników i chłopów.
Dlatego szukanie w "ludzie" zdrowej tkanki narodu odróżniającej ów lud od "zgniłej inteligencji" jest projekcją i nadużyciem.
Źródło: Gazeta Wyborcza