Jan Gross: - Jakaś kobieta zaczepiła mnie na ulicy, zapytała, bez agresji, bardziej ze smutkiem: "Czytałam to, co pan pisał o Syberii, takie przejmujące. A po co pan pisze to, co pisze pan teraz?". Zapytałem, czy czytała. Nie.
- Jedziemy taksówką - opowiada Adam Michnik. - Ja siadam z przodu. "Panie Adamie, mówi do mnie taksówkarz, chciałbym panu zadać takie osobiste pytanie". Bardzo proszę. "Co pan sądzi o Grossie?". Powiedziałem, żeby z nim porozmawiał, siedzi na tylnym siedzeniu. Taksówkarz właśnie czytał "Strach", książka leżała pod przednią szybą.
W kawiarni Filtry na warszawskiej Ochocie dwie kelnerki sprawdzają w "Gazecie", o której jest spotkanie z Grossem. "Dziewiętnasta - mówi jedna do drugiej - a my do ósmej pracujemy. Kompletna kicha".
Zdaniem kardynała Dziwisza książka Jana Tomasza Grossa "Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści" budzi demony antypolskości i antysemityzmu.
- Nie spodziewałem się takiego zamieszania - opowiada Gross. - Przeciwnie. Uważałem, że jak już książka wyszła po angielsku, odpadł podstawowy powód, dla którego kilka lat temu nabrała tempa dyskusja o Jedwabnem: "Sąsiedzi" mieli dopiero wyjść po angielsku i stąd zmartwienie, co o nas pomyślą.
Prezes wydawnictwa Znak Henryk Woźniakowski: - Sprzedaliśmy 65 tysięcy egzemplarzy. Teraz robimy dodruki w miękkiej okładce, by szybciej drukować. Znaczy to, że ludzie chcą czytać.
Autor w kipie Zbitka Żyd i Gross to stały związek frazeologiczny w dyskusjach internetowych i antysemickich pisemkach. Ale nie tylko tam. Zdjęcia Grossa w mycce zdobiły pierwsze strony "Rzeczpospolitej" i "Super Expressu", pokazywane są w telewizji. Przekaz jest jasny: to Żyd, to obcy. Zdjęcia najpewniej pochodzą z synagogi Kupa w Krakowie, z lata 2007 roku, gdzie miało miejsce spotkanie po opublikowaniu "Strachu" w Stanach (każdy mężczyzna dostaje tam przy wejściu kipę). Patrzyłam wtedy, jak sfora fotoreporterów przepychała się, by mieć dobre ujęcie Grossa w żydowskim nakryciu głowy (taki sam widok zapamiętałam z obchodów 60. rocznicy mordu w Jedwabnem, tłoczenie się wokół prezydenta Kwaśniewskiego, by kipa, którą założył w dowód szacunku dla pomordowanych, była na zdjęciu dobrze widoczna). "Super Express" zamieścił karykaturę Grossa według sprawdzonych wzorców ze "Stürmera" - z krogulczym nosem.
Gross nie daje się wcisnąć w ten wygodny schemat. Z wypowiedzi dla PAP-u: "Pisałem tę książkę jako Polak, odczuwając opisywane wydarzenia jako plamę na swojej polskiej tożsamości".
Barbara Toruńczyk: - Pierwszą osobą z emigracji marcowej, jaką zobaczyłam z powrotem w Polsce, był ojciec Janka - Zygmunt Gross. Przyjechał z prochami żony, Hanny Szumańskiej, które chciał pochować w Polsce. Wiele lat później Janek pochował w Polsce swego ojca. Obserwując, co się dzieje w mediach wokół Grossa, uprzytomniłam sobie, że to pokolenie powojenne zna tylko jedną Polskę, piastowską, jednoetniczną. Wizji Polski wielonarodowościowej, Polski jagiellońskiej, nie pojmują. To nie jest często sprawa złej woli, tylko braku zrozumienia, że w historię Polski wpisują się również losy Żydów, którzy mieszkali w tym kraju.
Piłka zamiast bar micwy Jeden z dwóch dziadków autora "Strachu", Adolf Gross, adwokat, zasiadał w parlamencie Franciszka Józefa wybrany przez żydowskich mieszkańców Krakowa, był założycielem spółdzielni tanich mieszkań dla krakowskich robotników, w ramach walki o emancypację kobiet współtworzył pierwsze
gimnazjum żeńskie imienia Platerówny. Założył niewielką partię Niezależnych Żydów, wydawał gazetę partyjną dla Żydów pisaną po polsku i sam prawie wszystko w niej robił: pisał teksty, redagował, podawał ostatnie wiadomości.
Miał siedmioro dzieci.
Grossowie "należeli do formacji intelektualnej ludzi o poglądach socjalistycznych, potrzebach społecznikowskich, liberalnych duchem i usposobieniem" - pisała Grażyna Kubica w tekście "Taki Krakauer prawdziwy" poświęconym synowi Adolfa, Feliksowi Grossowi, znanemu socjologowi amerykańskiemu.
Feliks Gross wspominał po latach w rozmowie z „Gazetą”: „Zapytałem ojca: »Co z moją bar micwą? Wszyscy ją mają «. Mój ojciec powiedział: »Twój pra, pra, pradziadek modlił się w starej synagodze w rannych pantoflach, klęcząc na grochu, żeby nie zasnąć, tylko się modlić. On się już pomodlił za nas wszystkich. Idź i pograj w piłkę «. Pamiętam jednak, że miałem prywatne lekcje religii”.
Zygmunt Gross, ojciec Jana, prawnik i muzyk, działał przed wojną w PPS-ie i w Towarzystwie Uniwersytetów Robotniczych. Podczas okupacji sowieckiej był we Lwowie, udało mu się dostać posadę pracownika fizycznego w teatrze muzycznym.
Jan Gross opowiada: - Jednego dnia wystawiali "Aidę", przyjechała słynna śpiewaczka z Moskwy, wnosili ją w lektyce, ojciec był człowiekiem roztargnionym, zamyślił się i ona z niej wypadła. Cud, że go nie wysłali na Sybir. Zabrali jego matkę, więc poszedł na peron, gdzie stał pociąg deportacyjny, i ją wyciągnął. Konwojenci uznali, że mu widać wolno. Jak weszli Niemcy, był w kolejce do egzekucji, która została przypadkiem wstrzymana. Jak go puścili wolno, zorientował się, że zostawił swój kapelusz borsalino. Poszedł go odzyskać, ale go poszczuli psami. Potem ojciec przedostał się do Warszawy. Nie miał "dobrego wyglądu": wełniste czarne włosy, śniada cera. Ukrywał się na Żoliborzu.
Janowi Grossowi zarzucano, że w "Strachu" nie pisze nic o pomocy udzielanej Żydom przez Polaków. On tłumaczył, że w książce próbuje odpowiedzieć na pytanie, jak to możliwe, że Polacy, którzy ratowali Żydów w czasie Holocaustu, po wojnie bali się o tym mówić. I dodał: "Ja sam jestem owocem tej pomocy".
- Mama poznała ojca, jak roznosiła bibułę. On całymi dniami grał na fortepianie. W tym samym mieszkaniu ukrywał się jeszcze pan Klein, też grał na fortepianie, zakochała się w nim najmłodsza siostra ojca, przeżył i został profesorem konserwatorium w Tel Awiwie. Mam w domu kenkartę, którą podziemie załatwiło ojcu. Wystawiona na nazwisko Wacław Zawistowski, z wyraźnym podpisem Zygmunt Gross - ojciec podpisał się przez nieuwagę swoim prawdziwym nazwiskiem. Wieczorami wychodził z domu. Chodził zawsze w kapeluszu i z muszką. W czasie powstania chcieli go rozstrzelać powstańcy jako Żyda. Postawili pod ścianą, ale on ich wy-śmiał za takie absurdalne posądzenie z taką pewnością siebie, że go zostawili w spokoju. Gdy razem z mamą wychodzili wraz z ludnością cywilną z Warszawy, mamę porwali własowcy, zaciągnęli do piwnicy, chcieli ją zgwałcić. Ojciec, ze swoim kiepskim wyglądem, pobiegł do oficera niemieckiego i ten interweniował w porę.
W latach stalinowskich Zygmunt Gross bronił Stanisława Mierzwę, działacza PSL, skazanego najpierw w Moskwie w procesie szesnastu, a potem przez rodzimą władzę. Bronił Władysława Bartoszewskiego, który opowiadał później (w wywiadzie-rzece udzielonym Michałowi Komarowi): "To dla mnie było i wciąż jest pouczające, że trzej sędziowie wojskowego sądu rejonowego, prawdziwi Polacy, rdzenni, pszenno-buraczani, dali mi długoletni wyrok za urojone szpiegostwo, a bronił mnie odważnie mecenas Zygmunt Gross, Polak średnio prawdziwy, bo przedstawiciel polskich elit inteligenckich pochodzenia żydowskiego".