Ostatnie dwa dni zeszłego tygodnia uczestniczyłem w konferencji "Zróżnicowane formy ochrony ekosystemów na Obszarze Natura 2000 Puszcza Białowieska w planowaniu urządzeniowym". To jeden z etapów ustalania planu urządzania, czyli podstawowego dokumentu, którym będą się posługiwać zarządzający puszczą leśnicy przez najbliższe dziesięć lat. Oczywiście, jeżeli wcześniej Puszcza nie zostanie objęta ochroną w ramach parku narodowego, co - mam nadzieję - się stanie.
Najczęściej wymienianym słowem na konferencji była "bioróżnorodność". Rozumiana tak, jak rozumie ją większość społeczeństwa, czyli jako bogactwo gatunków. Przedstawiciele Lasów Państwowych i związani z nimi naukowcy argumentowali, że zaprzestanie działań hodowlanych, czyli cięcia i sadzenia drzew na terenie Puszczy Białowieskiej, grozi spadkiem tej różnorodności. Na pierwszy rzut oka mają rację. Zabliźnianie się ran Puszczy dokładnie to oznacza. Powoli ustępować będą gatunki związane z młodymi lasami lub monokulturami albo skrajem lasu lub wręcz terenami otwartymi. Dziś nawet w środku Puszczy można spotkać dzierzbę gąsiorka, który na pewno nie jest ptakiem leśnym, ale korzysta z terenów wyrąbanych przez leśników. Zastanówmy się przez chwilę. Może to dobrze, że dzięki działaniom człowieka mamy takie gatunki w Puszczy? Im więcej gatunków, tym lepiej.
Taki wywód ma jednak poważne luki. Co zrobić z ekosystemami pustynnymi lub polarnymi, w których jest tyle gatunków, co kot napłakał, a uważa się je za w miarę naturalne i wręcz normalne? Naukowcy biją na alarm, bo wraz z ociepleniem się klimatu coraz więcej gatunków atlantyckich pojawia się w arktycznych wodach. Czyżby nie rozumieli, na czym polega bioróżnorodność?
Prawda jest taka, że definicji bioróżnorodności jest kilka, ale żadna nie sprowadza się wyłącznie do liczby i różnorodności gatunków. Poza różnorodnością gatunkową tak samo ważna jest różnorodność na poziomie genetycznym, różnorodność populacji oraz różnorodność ekosystemów i, co bardzo ważne, różnorodność procesów.
To wszystko jest zawarte w przedrostku "bio". Manipulując przy Puszczy, niszczymy właśnie unikalne procesy przyrodnicze. Przecież zwalczając kornika, usuwając skutki huraganów lub pożarów albo grodząc las, by nie obgryzały go jelenie, robimy wszystko, aby procesy właściwe naturalnym lasom nie miały miejsca.
Jednak dla właściwego spojrzenia na bioróżnorodność kluczowe znaczenie ma skala. Bo tak naprawdę, czy patrzymy z punktu widzenia gatunkowego, genetycznego, czy innego, to efekt skali jest najważniejszy. Z bioróżnorodnością jest trochę jak z klockami. Różnorodnie jest dopiero wtedy, gdy mamy w pudle dużo różnorodnych klocków.
Popatrzmy na Puszczę Białowieską jako na taki klocek budujący różnorodność naszego kraju i kontynentu. Jego zaleta polega na tym, że jest odmienny niż inne. Od razu też widać, jak bezsensowne jest podejście oparte wyłącznie o liczbę gatunków na jednym niewielkim obszarze. Zwiększając lokalnie ich liczbę, zmniejszamy różnorodność w skali kontynentu, bo rzadkie gatunki zastępujemy pospolitymi.
Wyspecjalizowane i rzadkie gatunki nie występują wszędzie i raczej nie tam, gdzie jest dużo gatunków pospolitych. W parku miejskim, w którym mamy trochę starych drzew, krzewów i oczko wodne, żyje wiele gatunków ptaków, ale przecież nie ma tam miejsca dla dzięcioła trójpalczastego lub białogrzbietego. Co z tego, że w środku Puszczy będą pospolite lelek lub szpak, skoro to działanie spowoduje, że ubędzie nam porostów, chrząszczy lub ptaków związanych z naturalnymi lasami, których nie ma w Europie dużo?
Patrząc na bioróżnorodność w małej skali, naprawdę można dojść do wniosku, że największa i najwspanialsza jest na wysypisku śmieci.
Źródło: Gazeta Wyborcza