Dopiero sekundę później oprzytomniałem i zdałem sobie sprawę z tego, co zrobiłem. Był Wielki Piątek. Trzeba posprzątać dom, bo po południu na święta przyjeżdża mama, a w sobotę wraca Nuria. Trzeba mi jeszcze kłopotu, czyli rannego bielika? Z drugiej strony nie można go przecież zostawić bez pomocy. Jurek zdążył mi powiedzieć, że to stary ptak o żółtym dziobie, białym jak śnieg ogonie i że zaraz ruszają. Nadleśnictwo momentalnie zorganizowało transport.
Bielik bielikowi wilkiem
Po 40 minutach Jurek wynosi z samochodu wielkie pudło. Zaglądam - rzeczywiście bielik - dojrzały, piękny ptak. Leży bezwładnie w pudełku. Wyciągam go i oglądam. Rany w okolicach karku i barków wyglądają paskudnie. W trzech miejscach skóra rozerwana, niektóre mięśnie chyba też. Ptak nie ma zbyt chwytnych łap. To zły znak! Dobre jest jedynie to, że rany wyglądają na bardzo świeże.
W takich wypadkach natychmiast kontaktuję się z Ptasim Azylem warszawskiego ogrodu zoologicznego. Dyżur akurat ma Agnieszka Czujkowska, lekarka weterynarii, która niejednego ptaka wyciągnęła z poważnych tarapatów. Sprawdzam, czy bielik nie trzepnął w linię energetyczną, bo to by oznaczało, że może mieć też spalone narządy wewnętrzne. Na szczęście nie ma śladów działania prądu - nie ma opalonych piór. To uszkodzenia zupełnie innego pochodzenia. Co to mogło być? Co mogło zaatakować bielika z góry? Odpowiedź jest dość prosta - inny bielik. Takie walki między dorosłymi ptakami o terytorium lub o gniazdo są coraz częstsze. Zdarza się, że bieliki nawet w nich giną. Ten nasz też by zapewne zginął, gdyby nie został szybko odnaleziony przez służby leśne.
Dlaczego bieliki walczą ze sobą? Trudno powiedzieć. Jednym z wyjaśnień może być to, że ptaków tych stosunkowo szybko przybywa - mamy już ponad 700 par. Coraz trudniej znaleźć im odpowiednie miejsca do gniazdowania i stąd te walki. Może też być tak, że walczyły ze sobą od zawsze, a teraz po prostu ofiary tych bojów są częściej wykrywane, bo coraz więcej jest też śledzących je miłośników ptaków. Czy w takich wypadkach należy ingerować? Gdy trafia do mnie ranny ptak, nie zadaję sobie tego pytania. Skoro już jest, to trzeba go ratować.
Potrzebny fachowiec
Agnieszka wysyła mi listę leków, które muszę szybko zdobyć, i zabiegów, jakie mam wykonać, ale ja już widzę, że stan ptaka jest na tyle poważny, że nie ma mowy, aby ktoś taki jak ja - nieposiadający weterynaryjnej praktyki - przy nim manipulował. Na szczęście w Białymstoku mieszka Dariusz Poznański - znakomity lekarz weterynarii i znawca ptaków drapieżnych. Do akcji ratowania włączają się też pracownicy Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. RDOŚ organizuje przerzucenie Darka do mnie, do Teremisek. Na miejscu ma zdecydować, co dalej z ptakiem. Na razie zostawiam bielika w spokoju. To bardzo ważne w takich wypadkach - na pewno stracił dużo sił, a jeszcze będzie musiał wytrzymać poważny zabieg.
W końcu jest Darek z pracownikiem RDOŚ Jarosławem Koniuszewskim. Ogląda fachowym okiem bielika. Rany nie są zbyt głębokie, nie ma też uszkodzonych kości. Niepokojący jest krwiak w okolicach dzioba i odrobina krwawej wydzieliny, która się z niego sączy. To mogłoby świadczyć o uszkodzeniach wewnętrznych. Nie wiadomo, z jakiej wysokości bielik spadł - walka mogła toczyć się wysoko w powietrzu
Zapada decyzja, że rany zostaną zszyte na miejscu. Stół na werandzie zamieniamy w prowizoryczną salę operacyjną. Okazuje się, że w łapach zostało jednak trochę mocy, więc musimy spętać je plastrem. Bielik, choć słaby, może poharatać nimi bardzo poważnie.
Pasztecikowa bomba
Darek oskubuje okolice ran, zwilża je roztworem soli fizjologicznej i rozpoczyna zszywanie. Bez żadnego znieczulenia, co dla nieznających się na rzeczy może wyglądać dość przerażająco. Ale po pierwsze, ptaki nieco inaczej odczuwają ból - ich skóra jest bardzo słabo unerwiona, a po drugie, znieczulenie może być niebezpieczne dla ich życia. Po zszyciu bielik dostaje antybiotyki zapobiegające infekcji i sterydy łagodzące stres. Teraz stawiamy go pionowo. Za pomocą gumowej rurki dostanie odrobinę specjalnego rozwodnionego paszteciku wyprodukowanego do ratowania osłabionych kotów. Taki pasztecik to odżywcza bomba z łatwo przyswajalnego białka i tłuszczu. - Niejednego ptaka drapieżnego nim odratowałam - wyjaśnia mi Agnieszka Czujkowska.
Stan bielika jest jednak wciąż bardzo poważny i Darek decyduje się zabrać go do siebie, by cały czas mieć na niego oko. Codziennie dzwonię i dopytuję się o ptaka. W sobotę i niedzielę nie jest dobrze. Karmiony jest sondą i nawadniany kroplówką. - Szanse są pół na pół - mówi Darek. Na szczęście w poniedziałek stan jest na tyle dobry, że Darek przenosi bielika do woliery. Tam dostaje na próbę kawał sporego kurczaka. - Od razu go chwycił w szpony, rozerwał i pożarł. A potem strzepnął pióra i zaczął je sobie czyścić. To dobry znak - cieszy się Darek. Ale nie oznacza to, że bielik szybko trafi na wolność. Zagrożenie życia minęło, ale nie wiadomo, czy będzie latał. Jedno skrzydło wciąż mu trochę wisi. Testy, które pokażą, czy wciąż potrafi sprawnie latać, odbędą się w warszawskim zoo. Jeżeli przejdzie je pomyślnie, zostanie wypuszczony. - Tylko nie wiem, czy dokładnie w tym samym miejscu. Wolałbym, żeby nie wdał się znów w jakąś awanturę - śmieje się Darek.
Źródło: Gazeta Wyborcza