http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wiedza cenniejsza niż kubiki drewna - polemika A.Wajraka

Adam Wajrak
2011-12-29, ostatnia aktualizacja 2011-12-30 19:45

Giganty z Białowieży
Giganty z Białowieży
Adam Wajrak

Światli leśnicy widzą, że dla Lasów Państwowych upieranie się przy cięciach w Puszczy jest zbyt kosztowne wizerunkowo. Zresztą z Puszczy leśników nikt nie wygania. Chodzi tylko o to, by zmienili sposób jej użytkowania. Nie cięli i sadzili, ale czerpali z niej wiedzy, o tym jak las się zmienia, jak reaguje na zmiany klimatyczne. Takie dane mogą być dziś kluczowe nie tylko dla polskiego, ale również europejskiego leśnictwa.

List Marka Kwiatkowskiego świadczy dokładnie o tym, o czym pisałem: niestety wciąż część polskich leśników widzi w Puszczy Białowieskiej wyłącznie drewno.

Zacznijmy od historii. Widzę, że Marek Kwiatkowski ma trudności z przyznaniem komu zawdzięczamy tak marny stan Puszczy. Ma z tym taki kłopot, że o jej nadmierną eksploatację oskarża jakąś tajemniczą "przedwojenną administrację polską". A jaka to była administracja? Wojskowa? Samorządowa? Myślę, że warto uczciwie przyznać, że to była administracja leśna, czyli Lasy Państwowe. Zasłaniania się niemieckim okupantem (zresztą którym, bo ten z II wojny światowej Puszczę chronił), angielskimi kapitalistami, bolszewikami, oraz stalinowskim terrorem, po 77 latach gospodarzenia Puszczą przez Lasy Państwowe po prostu nie przystoi.

Intensywność cięć przed wojną po odebraniu Puszczy przez Lasy Państwowe "angielskim kapitalistom" czyli spółce "The Century European Timber Corporation" była dokładnie taka sama, a może nawet większa. Anglicy w latach 1924-29 wywożą 2,5 mln metrów, wycinka wynosi około pół miliona metrów rocznie. Tymczasem urządzanie lasu wykonane w 1933 roku przewidywało pozyskanie na poziomie 550 tys. z (300 tys. ze zrębów i 250 tys. z usuwania wywrotów i posuszu kornikowego) i jak podają źródła, np. Edward Więcko w swojej "Historii Puszczy Białowieskiej" było przekraczane o połowę.

Biorąc pod uwagę, że po wojnie zmniejszył się ponaddwukrotnie obszar puszczy (z 150 tys. ha do 60 tys. ha) w zarządzie Lasów Państwowych, to cięcia na poziomie 200 tys. metrów w latach 1968-78 można nazwać kontynuacją rabunkowej gospodarki, a pozyskiwanie później 100-150 tys. metrów nie jest chyba czymś czym należy się chwalić.

Warto dodać, że taki poziom utrzymywał się do 2010 roku, więc trudno zasłaniać się stalinowskim terrorem. Pozyskania w czasach carskich poza wycięciem części Puszczy na początku zaborów i próbą pozyskania drewna okrętowego w XIX w., które zakończyło się klapą, nie ma nawet co porównywać, z tym co działo się pod koniec I Wojny i po niej, gdy zapoczątkowano gospodarkę leśną w Puszczy, a nawet z tym co się dzieje dziś.

Nie ma co porównywać również z tego powodu, że wówczas nie prowadzono sztucznych nasadzeń i Puszcza mogła się regenerować po wycince sama. Nie było mowy o tworzeniu zupełnie nienaturalnych monokultur świerkowych lub sosnowych jak to miało miejsce do niedawna.

Przejdźmy teraz do tego jak to wygląda obecnie w lesie. Zacznę od grabu, bo chyba Marek Kwiatkowski pisząc o tym, że graby "w puszczy zarastają ogromne połacie wypierając inne gatunki drzew" ma na myśli jakąś inną Puszczę. Mam przed sobą dane Biura Urządzania Lasu.

Otóż grab na terenie Puszczy Białowieskiej poza parkiem narodowym ma w składzie gatunkowym drzew udział wynoszący od 1,7 do 5,6 proc., natomiast według kryteriów gatunku panującego zajmuje 1200 ha, co stanowi 2,4 proc. powierzchni Puszczy . Zapewne te są niedoszacowane, ale do wypierania innych gatunków bardzo mu daleko.

Jeśli chodzi o park narodowy polecam cytat ze stron tej instytucji: Grab zwyczajny, choć jest gatunkiem pospolitym, z reguły buduje drugie piętro drzewostanów, bardzo rzadko wchodząc do składu gatunkowego drzewostanów głównych.

Dane dotyczące dużych dębów istnieją. Zgromadził je Tomasz Niechoda, który od ponad 25 lat penetruje Puszczę w poszukiwaniu wielkich drzew. Opublikowane są w książce "Puszcza Białowieska czarno na białym". Z nich wynika, że 80-90 proc. wielkich dębów na terenie poza najdłużej chronionym rezerwatem ścisłym zostało wyciętych. Zresztą nie tylko ich. To samo można powiedzieć o świerkach - ciekawe, że największe są tam, gdzie ich nie bronimy przed kornikiem, oraz jesionach i lipach.

Obecność tych drzew, chociażby olbrzymie wysypy żołędzi, są czymś w rodzaju siły napędowej tutejszego ekosystemu - np. cykli gryzoni, co za tym idzie obecności drapieżników, sukcesu lęgowego ptaków itp. To, że tak mało ich przetrwało poza Parkiem Narodowym to katastrofa.

Pan Kwiatkowski tłumaczy, że "zadaniem gospodarki leśnej nie było hodowanie, jak największej liczby "wielkich dębów", ale "produkcja leśna" tj. głównie wycinanie tych i innych drzew".

Zgadza się! Dlatego Puszcza dziś wygląda tak fatalnie i o to mamy do tej gospodarki, a raczej do ludzi ją prowadzących pretensje. Katastrofą dla puszczy był wiek rębności (podpowiadam wiek rębności to wiek, w którym wycina się drzewa, gdy zaczynają wolniej przyrastać) wynoszący 180-240 lat dla białowieskich dębów, które dożywają 400-650 lat. Usuwane były drzewa w kwiecie wieku. Dlatego tak mało trafiło się leśnikom dębów o wymiarach pomnikowych. Po prostu nie dopuszczali, by do tych wymiarów - dodajmy normalnych dla białowieskich dębów dorastały.

Dla przyrodnika nie ma nic nie racjonalnego w zostawieniu aż do całkowitego rozkładu wszystkich takich kolosów, które po swojej śmierci mogą być domem setek organizmów nawet przez ponad 100 lat (całkowity rozkład drzewa w warunkach Puszczy, to zwykle około jednej piątej życia drzewa), aż zupełnie znikną. Za nieracjonalne uważam natomiast wyżynanie drzewa, które żyło 240 lat i by dotrwać do tego wieku musiało pokonać masę przeciwności, a żyć może drugie tyle. Nieracjonalne jest wyciąganie z lasu gigantycznego, wiekowego organizmu, którego nie posadził żaden leśnik, a jego funkcje w ekosystemie są nie do zastąpienia.

Nie wiem dlaczego nagle tak szybko w publikacjach pana Kwiatkowskiego przybywa martwego drewna tam gdzie gospodarują leśnicy. W wydanej w tym roku broszurce "Puszcza Białowieska reaktywacja" pisze o 15 m sześć. na ha w lasach gospodarczych", a teraz to już jest 40 m średnio? Skąd takie dane? Podejrzewam, że chodzi o dane z Biura Urządzania Lasu. Tylko, że 40 metrów to nie jest średnia, ale jedna z wyższych wartości dla określonego typu lasu. Średnie dla poszczególnych nadleśnictw prezentują się tak: Białowieża to 27,7 metrów na hektar, dla nadleśnictwa Hajnówka 30,5 metrów, a Browsk 16 metrów (nadleśnictwo Browsk obejmuje też lasy poza puszczą i stąd ta niska średnia, ale tam też nie ma 40 m, zapewniam).

Wciąż najwyższa średnia to ponad pięć razy mniej niż średnia z rezerwatu ścisłego BPN, która wynosi 158 metrów na hektar i ponad dwa razy mniej niż w przyłączonych do parku narodowego w 1996 r., terenach gdzie jest 81 metrów. Swoją drogą nie chwaliłbym się tym jak mało martwego drewna jest innych w polskich lasach (według raportu Stan Lasów Europy jesteśmy na szarym końcu), bo świadczy o tym, że wielu leśników polskich nie rozumie co to jest ochrona wszystkich funkcji lasu.

Myli się pan Kwiatkowski twierdząc, że nie ma badań pokazujących, że 40 m to wystarczająca ilość dla żyjących w Puszczy organizmów. Na przykład badania dotyczące wstępowania dzięcioła białogrzbietego opublikowane w 2006 r. przez zespół ornitologów z Akademii Podlaskiej pokazują, że występowanie tego gatunku było ściśle powiązane z średnią obecnością powyżej 50 m sześciennych martwego drewna na ha. Martwe drewno dla Puszczy jest tym czym koralowce budujące rafę. Nie chodzi tylko o to, by martwego drewna było dużo. Ważna jest też jego różnorodność i rozmieszczenie. Na przykład niezwykle rzadki chrząszcz rozmiazg kolweński potrzebuje do życia i rozwoju świerków średniej wielkości, które przewróciły się w wilgotnym środowisku, ale tak by pniem nie dotknąć podłoża.

To, że od 1945 podwoiła się zasobność na pniu zapasów drewna, to nie wynik działalności człowieka, a tego, że młode drzewa szybciej przyrastają. Taka ich biologia i tyle. Przyrosło by więcej gdyby nie gospodarka leśna. To widać po terenach przyłączonych do Białowieskiego Parku Narodowego w 1996 r., gdzie mamy nie 335 metrów na pniu, jak w lasach wycinanych, ale już 400. Te metry na pniu i ta różnica oznaczają nie tylko, że na terenach chronionych jest więcej drewna, ale co za tym idzie więcej dziupli, w których lęgną się ptaki, kryjówek lub nasion, którymi żywi się wiele zwierząt.

Być może Marek Kwiatkowski tego nie wie, ale las pozostawiony w spokoju znakomicie się odnawia i nie potrzeba do tego produkcji i gospodarki leśnej. Można się przekonać o tym na każdym kroku w Puszczy, poza tym istnieje parę ładnych prac naukowych na ten temat, którymi służę.

Wiem, że nie muszę czekać sto lat na "efekty zrównoważonej gospodarki leśnej", by wiedzieć, że ta gospodarka pasuje do Puszczy Białowieskiej jak pięść do nosa. Tam gdzie udało jej zaprzestać, Puszcza szybko wraca do swojego naturalnego stanu. Powoli i konsekwentnie. Tak jest na terenach włączonych do parku narodowego. Tak jest w wielu rezerwatach. Tak powinno być na terenie całej Puszczy, która jest jednym leśnym kompleksem. Jednym organizmem, który jedynie w wielu miejscach przez nas ludzi jest poraniony, ale wszystko wskazuje, że Puszcza sobie z tymi ranami poradzi, właśnie dzięki temu, że jej części zmienione przez człowieka sąsiadują z naturalnymi.

Czytając Marka Kwiatkowskiego można odnieść wrażenie, że zaprzestanie gospodarki leśnej na terenie Puszczy lub ograniczenie jej tylko do pozyskania drewna na niezbędne potrzeby dla miejscowej ludności - czyli do poziomu około 30 tys. metrów, czy to co proponuje resort środowiska do 50 tys. a nie 100 tysięcy metrów, jakby chciały Lasy, będzie jakąś katastrofą dla polskiego leśnictwa - przecież leśnicy drewno pozyskują tylko z 40 proc. Puszczy - pisze Marek Kwiatkowski.

Warto więc wyjaśnić naszym czytelnikom, że Puszcza Białowieska po naszej stronie granicy czyli 60 tys. ha to mniej niż JEDEN procent lasów znajdujących się w zarządzie Lasów Państwowych, które gospodarują na 7,6 miliona hektarów. Blisko jedna trzecia powierzchni kraju to chyba wystarczająca przestrzeń, by wcielać na niej w życie zrównoważoną gospodarkę leśną?

Lasy Państwowe wycinają rocznie około 30-35 mln metrów sześciennych drewna i mają z tego przychód na poziomie około 6 mld złotych (zyskami nie dzielą się z budżetem, choć gospodarują na mieniu skarbu państwa). Wyszarpywanie z Puszczy 100 tys. metrów (mniej niż 0,3 proc. tego co wycinają Lasy), tylko po to, by udowodnić swe racje, jest po prostu żenujące! Na szczęście coraz więcej leśników rozumie, że gospodarka leśna w Puszczy nie ma najmniejszego sensu. Wielu leśników wie, że awantura o Puszczę i próby zaklinania rzeczywistości, tak jak to robi Pan Kwiatkowski godzi w wizerunek Lasów Państwowych i nim szybciej się skończy, tym lepiej.

Coraz częściej słyszę, co prawda anonimowe opinie, że zamiast ciąć i wywozić stąd drewno, lepiej Puszczę zostawić w spokoju. Światli leśnicy widzą, że dla Lasów Państwowych upieranie się przy cięciach w Puszczy jest zbyt kosztowne wizerunkowo. Zresztą z Puszczy leśników nikt nie wygania. Chodzi tylko o to, by zmienili sposób jej użytkowania. Przecież mogą z niej korzystać w sposób, o którym pisał kilka lat temu prof. Kazimierz Rykowski, wybitny leśnik i naukowiec. To użytkowanie nie polegałoby na cięciu i sadzeniu, ale czerpaniu z niej z wiedzy, o tym jak las się zmienia, jak reaguje na zmiany klimatyczne. Takie dane mogą być dziś kluczowe nie tylko dla polskiego, ale również europejskiego leśnictwa. Liczę, że w końcu większość leśników zrozumie, że ta wiedza, którą może dać nam Puszcza chroniona jako całość, jest cenniejsza niż wywożone z niej kubiki.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 1
  • 1
  • 2
  • 25 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    61 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':