W tym roku miałem spotkanie z całkiem sympatycznym dwunastakiem. To byk, który ma na każdej tyce poroża po sześć odgałęzień. Zobaczyć takiego z bliska, i to w dzień, a jeszcze zrobić mu zdjęcia, nie jest łatwo. Próbowałem wiele razy, ale zwykle miałem pecha. Jeżeli ryczącemu bykowi towarzyszy już harem łań (samic), to podejść go nie jest łatwo. Byki są otumanione, to prawda, ale łanie są niezwykle czujne. Gdy coś zobaczą, zwiewają natychmiast, a byk za nimi. Łanie to jest właśnie to, na czym mu najbardziej zależy. Zwykle więc nie łażę, by nie płoszyć, ale siedzę sobie gdzieś spokojnie zamaskowany i liczę na to, że szczęście się uśmiechnie. Szansa na to jest zwykle mała. Byki chodzą niedaleko, ale zwykle zasłania je białowieska gęstwina. W tym roku też nie liczyłem na wiele. Usiadłem sobie za zwalonym jesionem i czekałem. Po dosłownie 20 minutach usłyszałem ryk. Jakiś byk szedł prosto na mnie. Wyszedł idealnie, może nawet za blisko, bo po prostu wypełnił mi cały kadr. Przez pół minuty stał może 30 metrów ode mnie. Trochę poryczał, a potem spokojnie odszedł. Byłem wniebowzięty. Tym bardziej że do spotkania doszło w biały dzień około godziny 15.
Było to w Białowieskim Parku Narodowym, gdzie oczywiście się nie poluje. Dlatego można sobie spokojnie usiąść w jednym miejscu, usłyszeć ryk byków i trzask ścierających się poroży, a nawet to zobaczyć.
Tam, gdzie odbywają się polowania, byki raczej nie ryczą w dzień, jest ich wyraźnie mniej. W tym roku, gdy Park Narodowy huczał od ryków, na niechronionych terenach było cicho.
Zastanawiam się, czy myśliwi nie widzą tej różnicy? Nie mam nic przeciwko polowaniom na jelenie, bo jest ich w Polsce sporo. Rocznie zabija się ok. 40 tys. tych zwierząt i nie wpływa to na ich populację. Ale wobec polowań w czasie rykowiska mam poważne wątpliwości. Czy strzelanie do otumanionych godami zwierząt jest etyczne? Czy taka ingerencja w czasie rykowiska nie wpływa na zdrowie tych zwierząt oraz ich potomstwa?
A przecież strzela się tylko po to, by zawiesić sobie na ścianie poroże, bo mięso byka z rykowiska bardzo mocno pachnie i często nie nadaje się do jedzenia (chyba że po poważnym przetworzeniu). Ten sam byk kilka tygodni później dalej ma to samo poroże, a jego mięso jest lepszej jakości, a co ważniejsze, jest pewne, że przekazał swe geny potomstwu.
Oczywiście, przyznaję, wtedy też trudniej jest go zabić, ale czy pójście na łatwiznę to jest ta przygoda, która ma towarzyszyć łowiectwu? Ktoś powie, że to tradycja. Jeśli tak, to wyjątkowo niemądra, bo nic jej nie usprawiedliwia. Jeżeli myśliwi tego nie rozumieją, to jedyna nadzieja w jeleniach, że pójdą ryczeć na tereny chronione.
Źródło: Gazeta Wyborcza